Po igrzyskach olimpijskich w 1976 roku, na których reprezentacja Polski zdobyła srebrny medal, Kazimierz Górski podał się honorowo do dymisji, ponieważ zajęcie drugiego miejsca uznano w kraju nad Wisłą za porażkę. Miejsce „Papy” Górskiego na stanowisku selekcjonera zajął jego asystent z lat 1971-1974 i twórca „banku informacji” o przeciwnikach, czyli Jacek Gmoch.
Były piłkarz Legii i absolwent Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie miał doprowadzić Biało-Czerwonych do wielkich sukcesów, a nawet przebić osiągnięcia swojego wielkiego poprzednika na mistrzostwach świata w Argentynie w 1978 roku. To mu się jednak nie udało.
Pracę Jacka Gmocha z kadrą ocenił w swojej autobiografii „Wita państwa Dariusz Szpakowski” najsłynniejszy w ostatnich kilkudziesięciu latach polski komentator:
„On naprawdę wiedział, o co chodzi w piłce. Kiedyś zaszedłem na trening kadry na stadionie Legii. Patrzę, a Gmocha nie ma. Okazało się, że siedział na dachu, podciągnęli mu tam mikrofon i z tej perspektywy przestawiał formacje. Później takie rzeczy robili najlepsi trenerzy świata, a Jacek wprowadzał tego typu nowinki już w latach 70.
Nie bał się też stawiać na młodych graczy, choćby na Adama Nawałkę czy Zbigniewa Bońka. Próbował Henryka Kasperczaka na stoperze. Widać było, że bardzo chce zaznaczyć swoją obecność, dopilnować wszystkich detali. Gdy we wspomnianym wcześniej Wołgogradzie pojechaliśmy odwiedzić Kurhan Mamaja, czyli miejsce poświęcone pamięci radzieckich żołnierzy poległych pod Stalingradem, Gmoch kazał wszystkim kadrowiczom założyć biało-czerwone dresy. A reprezentacja gospodarzy? Każdy piłkarz był ubrany inaczej, pozakładali jakieś kurtki dżinsowe, szczególnie największe gwiazdy Sbornej chciały się pokazać. No i radziecka telewizja od razu to podchwyciła.
– Jak to wygląda? Polacy w narodowych barwach, a wy jak zbieranina.
Myślę, że próba szukania odpowiedzi na nurtujące nas przez lata pytania o niepowodzenie w 1978 roku jest skazana na niepowodzenie. Jacek widział piłkę inaczej niż większość ludzi – tego nie można mu odmówić. Wyprzedzał swoje czasy, kochał wszelkie nowinki, był ekscentrykiem, co również miało swój urok. Ale nie miał umiejętności upraszczania schematów, scalenia grupy, dokonywał złych wyborów. Innymi słowy, nie miał tego, co Górski.
Do tego był pełen sprzeczności. Z jednej strony posiadał dominujący charakter i swoje ego, z drugiej – chciał, żeby wszyscy go lubili. Przykład? Reprezentacja Polski poleciała na mecz do Budapesztu. W debiucie Adam Nawałka strzelił tam gola na Népstadionie.
Przed spotkaniem kadrowicze wybrali się na spacer. Nagle ktoś rzucił:
– Selekcjonerze, widzi pan tę dżdżownicę? Zje ją pan za sto dolarów?
– A pewnie! – zgodził się Gmoch.
No i wygrał ten zakład.
Nie chodziło o pieniądze, naprawdę zależało mu, by zbliżyć się do piłkarzy, być kimś, kto potrafi się z nimi bawić. Jednak sprzeczności w zarządzaniu rodziły konflikty i smutny koniec był nieunikniony.
Pamiętam słynny telegram do Argentyny, który wysyłała do Jacka jego żona, Stenia.
– Pies Paco czuje się dobrze.
Taki szyfr, próba oddania nastrojów w KC PZPR po pierwszym meczu na mundialu. A potem spotkanie w ambasadzie, już przed powrotem do kraju. Piłkarze byli nabuzowani, z różnych powodów, na przykład Lubański dlatego, że nie grał tyle, ile by chciał. Nie mógł się też pogodzić z tym, że Gmoch, w przeciwieństwie do Górskiego, nie traktował go po partnersku. Odstawiony od składu piłkarz, zwłaszcza tego formatu, potrzebuje rozmowy, dialogu, wyjaśnień. Gdy lata później, podczas Euro 1988, które komentowałem razem z Włodkiem w Kolonii, Jacek go zobaczył, to przed nim uciekał. Czas jednak powoli goił rany, a żal z mundialu w Argentynie zamieniał się w coraz drobniejsze uszczypliwości”.
Upokarzanie Włodzimierza Lubańskiego na największej piłkarskiej scenie na oczach kolegów z szatni i milionów kibiców, do tego skomplikowane założenia taktyczne i złe zmiany przyniosły mizerny efekt. Najsilniejsza w historii ze względu na potencjał piłkarski reprezentacja Polski nie była w stanie powtórzyć rezultatu osiągniętego przez Kazimierza Górskiego w 1974 roku:
„Po przegranym 0:2 spotkaniu wchodzę do szatni Polaków. Ten obrazek utkwi mi na długo w głowie i będzie dla mnie metaforą ogólnego rozczarowania turniejem: Włodkowi Lubańskiemu ginie zegarek, Jacek Gmoch jest załamany i wali głową w ścianę, bo marzył o tytule mistrza świata, Kazimierz Deyna milczy po niestrzelonym karnym.
Jacek Gmoch mówił mi przed turniejem:
– Jedziemy po mistrzostwo świata.
Trudno mieć o to do niego pretensje – trener powinien przecież dbać o morale zespołu. Cztery lata wcześniej byliśmy trzecią ekipą na mistrzostwach w RFN, dlaczego więc selekcjoner nie miałby prawa wierzyć w końcowe zwycięstwo?
Nagrałem to na magnetofon na ulicy Konopnickiej w Warszawie. Można było jednak zrozumieć selekcjonera: dysponował świetną reprezentacją, do której po kontuzji wracał w dodatku Włodek Lubański, piłkarz już bardzo doświadczony, mający status legendy, ale niezwykle inteligentny i z pewnością przydatny jako pośrednik w przekazaniu pozostałym piłkarzom wszelakich zagadnień taktycznych. A jednak nie wyszło.
O mundialu w Argentynie można pewnie napisać opasłe tomy, ale prawda jest taka, że Polska tam po prostu zawiodła. Niczego nie chcę Jackowi ujmować. To inteligentny człowiek, który wprowadzał nowatorskie metody. Alchemik futbolu – tak się wtedy na niego mówiło. Świetnie czytał grę i prezentował wręcz naukowe podejście do piłki nożnej. Miał najlepsze narzędzia ze wszystkich polskich trenerów i prawdopodobnie najlepszą kadrę. Brakowało mu tylko jednego – tego ‘ludzkiego’ pierwiastka, który posiadał Górski.
Kiedy 1 maja 1977 roku, w Święto Pracy, pokonaliśmy w eliminacjach mistrzostw świata Danię na jej boisku 2:1 dzięki dwóm trafieniom Lubańskiego, Edward Gierek, I sekretarz KC PZPR, złożył drużynie gratulacje. Andrzej Szarmach i Włodek udowodnili, że potrafią ze sobą grać. Jednak Gmoch z testów psychologicznych wywnioskował, że nie powinni występować razem na boisku.
Jako selekcjoner nie potrafił stworzyć w drużynie poczucia wspólnoty. Kadra stanowiła dziwną miksturę, piłkarze byli skłóceni. Zamiast korzystać z doświadczeń sprzed czterech lat, zdobytych na boiskach w Niemczech, gdzie Polska sięgnęła po medal, pozwolono na tworzenie się jakichś grup. A Gmoch chciał zadowolić każdą z nich. Brakowało mu stanowczości i decyzyjności Górskiego. W reprezentacji było za dużo alchemii, a za mało chemii między zawodnikami.
Gdy we wrześniu 1977 roku polecieliśmy z kadrą do Wołgogradu na mecz z ZSRR, zawodnicy schowali Gmochowi do bagażu książki o Leninie i otwarcie sobie z niego dworowali. Górskiego nie odważyliby się tak traktować. Być może poprzednikowi łatwiej było zapanować nad piłkarzami, którzy sukces mieli dopiero przed sobą. Ci z kadry Gmocha przeszli już szlak bojowy i zapewne poczuli się więksi.
Po odwołaniu Gmocha z posady selekcjonera długo nie miałem z nim kontaktu. Spotkaliśmy się dopiero po latach, gdy był już w Grecji. Doceniłem, jak jest tam szanowany. Zarówno on, jak i drugi z asystentów Górskiego, Strejlau, wyrastali w cieniu legendy pana Kazimierza i w roli selekcjonera nigdy nie osiągnęli takich sukcesów, jak ich przełożony. Ale chodziło przede wszystkim o coś innego – nie zyskali takiej miłości rodaków.
Dlaczego tłumy kochały Górskiego?
Bo był jednym z nas. A ludzie czują takie rzeczy, łatwiej im się utożsamić z kimś takim. Kazimierz Górski był gościem z twojego bloku, osiedla, któremu dano do poprowadzenia kadrę i on to udźwignął. Mogłeś go spotkać na ulicy, w tramwaju, pogadać, uścisnąć rękę. Gmocha i Strejlaua kibice postrzegali zupełnie inaczej”.
Książka sportowa „Wita państwa Dariusz Szpakowski. Autobiografia” jest dostępna na www.labotiga.pl