Widzew Łódź w latach 70. i 80. miał w swoich szeregach wspaniałych piłkarzy, którzy potrafili stworzyć kolektyw osiągający sukcesy na krajowym podwórku i w europejskich pucharach. Niekwestionowanymi gwiazdami tamtej drużyny byli Zbigniew Boniek czy Włodzimierz Smolarek, ale na słowa uznania zasłużył również Wiesław Wraga, o którym napisał Marek Wawrzynowski w książce „Wielki Widzew. Historia polskiej drużyny wszech czasów”:
„Doskonałą metaforą losu Widzewa jest życiorys Wiesława Wragi. To jednocześnie idealne epitafium dla drużyny. Właśnie ten malutki skrzydłowy stał się jednym z symboli nowego Widzewa. Starych wojowników zastępowali młodzi, utalentowani gracze, brutalność zastępowano polotem. Ambicją Sobolewskiego było zebranie najbardziej obiecujących w kraju piłkarzy i stworzenie z nich najlepszej drużyny. Do tego miało dojść kilka gwiazd, których transfery z różnych przyczyn okazały się niewypałami. Wraga miał być nie tylko jednym z liderów Widzewa na lata, ale też etatowym reprezentantem. I pewnie tak by się stało, zapewne byłby jednym z najlepszych polskich zawodników swoich czasów, bo miał ku temu wszelkie dane, gdyby nie kontuzje. Szczególnie dotkliwe zaś były jego problemy związane z sercem.
Wraga wraca dziś często myślami do meczu w Mönchengladbach, gdy wyszedł na boisko pomimo choroby.
– Miałem prawie 40 stopni gorączki, doktor Sandomierski powiedział: Graj, nic ci nie będzie.
Śmialiśmy się, że przyszedł do Polski z Armią Czerwoną i już został. U niego chlorek etylu był dobry na wszystko. Generalnie uważał, że wszystko można zamrozić: nogę, serce, mózg, wątrobę. Pamiętam, jak Dziekan leżał na kozetce. Sandomierski mówi:
– No tak, widzę tu lekkie opuchnięcie.
A Dziekan:
– Wszystko byłoby w porządku, tylko mnie, ku**a, boli ta druga noga – żartuje Wraga.
Jego sytuacja nie była jednak zabawna. Rozegrał jeszcze drugi mecz z Niemcami, miał nawet ogromny udział w awansie, bo to po jego akcji Smolarek strzelił gola. Z pogłębiającą się chorobą, z której nie zdawał sobie sprawy, zagrał jeszcze z Dynamem Mińsk. W rewanżu, zresztą na swoje szczęście, nie wystąpił z powodu kontuzji. Przepracował całą zimę, co przy ówczesnych metodach treningowych było dla niego zabójcze. Choroba wyszła podczas testów medycznych przed wyjazdem kadry na zgrupowanie do Meksyku. Rok później odbywały się mistrzostwa świata i Wraga był poważnym kandydatem do występu na mundialu. Na zgrupowanie w 1985 roku jednak nie wyjechał. Choć był już jedną nogą na pokładzie samolotu lecącego za ocean, ostatecznie został w kraju.
– Pojechałem na badania wydolnościowe do Warszawy. Gdy lekarze zobaczyli moje wyniki, myśleli, że się aparatura zepsuła. Miałem 22 lata i dostałem zakaz uprawiania sportu. Od zaraz. Gdybym pojechał do Meksyku, mógłbym stamtąd wrócić w trumnie – mówi.
Trzy miesiące przeleżał w szpitalu. Z nudów liczył tabletki. Wyszło na to, że przez trzy miesiące zjadł ich jakieś dwa tysiące.
– Byłem na oddziale najmłodszym pacjentem, patrzyłem na ludzi, którym choroba przekreśliła dalsze normalne życie. Czułem się zdrowy, ale kiedy oglądałem innych… W takich chwilach sam na sam z własnym strachem przestaje się być twardym. Nieraz płakałem jak dzieciak. Byłem tak opuchnięty od tych lekarstw, że nawet sąsiad na schodach mnie nie poznawał – mówił w 1985 roku w wywiadzie dla ‘Piłki Nożnej’.
– To był dramatyczny moment. Wiesiek był nie tylko świetnym zawodnikiem, ale i bardzo fajnym facetem, lubianym przez wszystkich. W tym momencie jego stan psychiczny był trudny, podczas rozmów z lekarzami powoli dochodziło do niego, że jest źle. Na początku nie mógł tego przyjąć, ale powoli się oswajał z rzeczywistością. Potem próbował wrócić do dawnej formy, ale to był tylko łabędzi śpiew. Już nigdy nie mógł grać na swoim poziomie. Przy jego konstrukcji fizycznej najważniejsze elementy to ruchliwość, żywotność. I te dwie cechy zaczęły mu się wymykać.
To było ogromne rozczarowanie – mówi Mirosław Westfal.
Faktycznie, Wraga nigdy już nie potrafił przez dłuższy okres utrzymać znakomitej formy, choć zdarzały mu się mecze na najwyższym poziomie, jak choćby ten w Pucharze UEFA, w Linzu, gdzie grał jak za najlepszych czasów; zresztą zarówno polska, jak i austriacka prasa podkreślały, że był fantastyczny. Ale były to pojedyncze, choć wielokrotne zrywy, co brzmi kuriozalnie, bo przecież miał wówczas zaledwie 23 lata. Udało mu się zadebiutować w kadrze, ale zagrał w niej tylko raz.
Wraga mimo wszystko miał szczęście w nieszczęściu, bo trafił do Adama Żebrowskiego, znanego kardiologa. Kto wie, być może dzięki temu ocalił życie. Sam mówi, że profesor uchronił go od śmierci. Któregoś dnia podszedł zdesperowany do lekarza.
– Panie doktorze, nie da się tego jakoś tak ładnie sprawdzić?
– Oczywiście, Wiesiu, że się da. Na sekcji zwłok.
Książka „Wielki Widzew. Historia polskiej drużyny wszech czasów” ukazała się w serii #SQN Originals i jest dostępna w księgarni sportowej www.labotiga.pl
Foto: M. Kowal; zdjęcie pochodzi z prywatnego archiwum autora i zostało wykorzystane na potrzeby promocji niniejszej książki; wszelkie prawa zastrzeżone