Shaq dorastał w trudnych warunkach. Jego matka, Lucille, wychowywała go samotnie. Chłopak miał problemy z akceptacją swojej sylwetki, co sprawiało, że dzieci wyśmiewały go w szkole

Dorastał w trudnych warunkach. Jego matka, Lucille, wychowywała go samotnie. Chłopak miał problemy z akceptacją swojej sylwetki, co sprawiało, że dzieci wyśmiewały go w szkole:

„Zawsze lubiłem marzyć. I miałem wielkie marzenia. Owszem, zdarzały się dni, kiedy myślałem, że się nigdy nie spełnią. Dni, kiedy inni nabijali się z mojego wzrostu, z tego, że się jąkam, że jestem niezdarą. Zdarzało się, że zadawałem się z niewłaściwymi ludźmi, że podejmowałem błędne decyzje. Kiedy byłem w pierwszej klasie liceum i wyleciałem ze szkolnej drużyny, leżałem na łóżku w swoim pokoju, załamany, rozbity, i zastanawiałem się, czy dostanę jeszcze kiedyś od losu szansę, żeby się sprawdzić.

Moje życie wcale nie było takie proste, jak mogłoby się wam wydawać. Patrzycie sobie pewnie na takiego wielkoluda jak ja i myślicie, że wszystko dostałem od losu w prezencie. Owszem, czasem tak było. Ale czasem nie. Miałem sporo własnych obaw, wątpliwości, przeżyłem wiele rozczarowań. Zdarzało się, że oczekiwania innych mnie przytłaczały. Zdarzało się, że czułem, iż moje własne oczekiwania mnie miażdżą”.

Jednak z czasem jego ogromny potencjał stał się widoczny. Shaq nauczył się wykorzystywać swoje gabaryty stając się niepowstrzymaną siłą na koszykarskim parkiecie. Jego potężne wsady i grę w duecie z Pennym Hardawayem w Orlando Magic, w latach 90., podziwiali kibice zarówno w Stanach Jednoczonych, jak i w kraju nad Wisłą:

„W połowie lat dziewięćdziesiątych koszykówka w Polsce znajdowała się w zupełnie innym miejscu niż obecnie. W hierarchii popularności stała tuż obok piłki nożnej i nietrudno było znaleźć w szkole czy na podwórku osoby, które się nią interesują. Nietrudno było też zebrać grupę, która po szkole spotykała się na boisku, aby pograć w kosza, próbując powtórzyć rzuty widziane w meczu NBA. Najwięcej kibiców miał oczywiście Michael Jordan, ale w gronie moich kolegów numerem jeden był Shaq. Fani Jordana też by się znaleźli, jednak to młody gigant bardziej nas interesował. W tamtym momencie Jordan dopiero co wrócił do Bulls po swojej baseballowej przygodzie, a najgorętszą drużyną ligi byli młodzi Orlando Magic.

Na pewno wielu z was jeszcze pamięta, jak grali i jak świetnie się ich oglądało, zwłaszcza duet O’Neal – Penny Hardaway. Można powiedzieć, że Magic byli wcześniejszą wersją zespołu, jakim teraz jest Oklahoma City Thunder. Bardzo młodzi, grają rewelacyjnie i szybko wdarli się do finału ligi. Jednak mimo wielkiej sympatii do Kevina Duranta daleko mu do charyzmatycznego Shaqa. Dlatego też siła przyciągania Magic była znacznie większa. Dla dzieciaków, które dopiero poznawały koszykówkę i świat NBA, to była prawdziwa magia, nie tylko z nazwy. Byliśmy pod wrażeniem, widząc, jak Shaq dominuje nad swoimi rywalami.

Jak nie mogą go zatrzymać, a on z łatwością przepycha kolejnych zawodników, aby dostać się do kosza i wykonać kolejny efektowny wsad, unosząc nogi do góry, kiedy już wisiał na obręczy (niezapomniane logo Shaq Attack). Z drugiej strony on był taki jak my, tylko że dziesięć lat starszy. Wielkie dziecko. Nie dało się go nie lubić” – napisał Adam Szczepański z portalu Szósty Gracz.

Sęk w tym, że te dwie gwiazdy na dłuższą metę nie potrafiły się dogadać w Orlando Magic, a poza tym Penny domagał się wyższych zarobków i przekonywał, że to jego drużyna, o czym wspomniał Shaq:

„W końcu dostał to, czego chciał, ale kiedy pod koniec sezonu nadeszła pora na mój nowy kontrakt. Penny stał się nieuchwytny. Jak się później okazało, chciał mieć pewność, że będzie najwyżej opłacanym zawodnikiem w drużynie. Mówił władzom klubu, że Magic to jego drużyna i że w NBA będą w najbliższych latach rządzić obrońcy.

Nie mogłem w to uwierzyć. To największa bzdura, jaką słyszałem. Wiedziałem, że Penny jest miękki i że jak nie będzie grał razem ze mną, to go rozjadą. To ja nie pękałem. To ja umiałem grać pod presją. On nie był napalony tak jak ja. Problem w tym, że jak masz w jednej drużynie dwóch samców alfa, którzy nie nadają na tych samych falach, to wszystko może się popsuć. Tak właśnie było z Pennym i ze mną. Ja byłem samcem alfa AA, Penny był samcem alfa AB. W jakiś sposób doszedł do wniosku, że świetnie sobie poradzi bez swojego wielkiego zioma.

(…)

I Penny, i ja rozegraliśmy dobry sezon, ale w play-offach przegraliśmy do zera z Chicago Bulls, którzy zakończyli sezon zasadniczy z bilansem 72–10 i byli pewnie jedną z najlepszych drużyn w historii.

Mój kontrakt dobiegł końca właśnie wtedy, kiedy dotarło do mnie, że w tym sporcie nie ma czegoś takiego jak lojalność. Zero. Musisz mieć grubą skórę i to zaakceptować. Wiedziałem, że nie ma lojalności, kiedy patrzyłem, jak sprzedają Patricka Ewinga i Dominique’a Wilkinsa.

Chciałem zostać w Orlando. Leonard chciał, żebym się przeniósł do Los Angeles, nie tylko dlatego, żebym był bliżej Hollywood i przeróżnych możliwości. Wiedział, że Orlando nie zamierza mi zapłacić.

Chyba po prostu byłem naiwny. Nie wierzyłem w to. Kochałem rodzinę DeVosów, byli świetnymi ludźmi. Myślę, że ostateczne decyzje podejmował John Gabriel. Zaczął negocjacje nisko, zbyt nisko. A my pewnie zaczęliśmy za wysoko. Mówiłem, że chcę sto pięćdziesiąt milionów, ale chyba wszyscy wiedzieli, że nie mówię serio.

Magic zaoferowali mi siedmioletni kontrakt na sześćdziesiąt dziewięć milionów dolarów. Leonard zaczął mówić o stu milionach, bo uważał, że mam szansę być pierwszym gościem w historii, który może dostać takie pieniądze.

Przyglądaliśmy się pozostałym wolnym agentom, wtedy Leonard zadzwonił i powiedział, że Juwan Howard podpisał kontrakt wart sto pięć milionów, a Alonzo – sto dziesięć milionów. Rynek ustalił stawki. Orlando musiało mi zapłacić sto milionów. Tak naprawdę zażądaliśmy stu piętnastu. Nie zgodzili się. Wrócili z ofertą czteroletniego kontraktu na osiemdziesiąt milionów. Zapytałem Johna Gabriela, dlaczego nie chcą mi zapłacić tyle, na ile zasługuję, a on odpowiedział, że nie chcą denerwować Penny’ego.

– Nie możemy zapłacić ci więcej niż Penny’emu – dodał.

Nie mogłem w to uwierzyć. Jakbym dostał cios w splot słoneczny. Wtedy zadzwonił Jerry West z Lakers i powiedział:

– Słuchaj, wiem, że zasługujesz na więcej niż Juwan i Alonzo, ale na dziś mogę ci zaproponować tylko dziewięćdziesiąt osiem milionów.

Ale ja i tak byłem zadowolony i powiedziałem Leonardowi, żeby się zgodził.

– Bierzmy te dziewięćdziesiąt osiem milionów i skończmy to. Będę grać tam, gdzie mnie chcą”.

Ostatecznie dobrze się stało. Mimo że później Shaquille O’Neal darł koty z Kobem Bryantem to i tak zdobył z Los Angeles Lakers trzy tytuły mistrzowskie w latach 2000-2002. Po każdej z wygranych serii finałowych został wybrany MVP. Penny zaś pozostał koszykarzem świetnym, ale trapionym przez kontuzje i niespełnionym.

Shaquille O’Neal odcisnął piętno na NBA dzięki spektakularnym zagraniom nad obręczą i osobowości. Przede wszystkim jednak jego dziedzictwo pozostaje niezatarte ze względu na chęć zwyciężania:

„Kiedy spoglądam wstecz na te dziewiętnaście lat, to jestem wdzięczny losowi, że przyszło mi grać z jednymi z najlepszych w historii: z Kobem Bryantem, LeBronem Jamesem, Dwaynem Wade’em, Kevinem Garnettem, Paulem Pierce’em, Rayem Allenem, Steve’em Nashem, Amare Stoudemire’em, Grantem Hillem, Alonzem Mourningiem, Pennym Hardawayem. To naprawdę nie zły zestaw.

Kiedy spoglądam w przeszłość, to wiem, że zrobiłem wszystko po swojemu. Nie każdy się zgadza z tym, w jaki sposób to robiłem. Moi krytycy mogą oczywiście mówić na mój temat to, co chcą. Ale ja mam cztery pierścienie mistrzowskie i życie pełne wspomnień. Na nic bym tego nie zamienił”.

Zacytowane fragmenty pochodzą z książki sportowej wydanej w ramach SQN Originals „Shaq. Bez cenzury”, która jest dostępna na www.labotiga.pl

Foto: Keith Allison/Wikimedia Commons; CC-BY-SA-2.0