Młodzian ze Spokane, który miał swoje trudności w początkowych latach kariery, o czym wspomniał Jack McCallum w książce „Dream Team”

John Stockton nie był tak utalentowany, jak Magic Johnson, Gary Payton czy Steve Nash, ale jego umiejętność współpracy z innymi koszykarzami, zwłaszcza z Karlem Malone’em uczyniły go na parkietach NBA legendą i częścią niezapomnianego Dream Teamu podczas igrzysk olimpijskich ’92 w Barcelonie.

Młodzian ze Spokane, który miał swoje trudności w początkowych latach kariery, o czym wspomniał Jack McCallum w książce o NBA „SQN Originals: Dream Team”:

„W 1978 roku John Stockton, niewinny chłopiec ze szkoły katolickiej Gonzaga Prep, pojechał na młodzieżowy turniej koszykarski w Huntington w Wirginii Zachodniej. Nie był jeszcze wtedy gwiazdą, nawet w rodzinnym Spokane specjalnie go nie kojarzono, a dziś wspomina, że rodzice łożyli pieniądze na Amatorski Związek Sportowy »tylko dlatego, że byli przekonani, że to moja jedyna szansa, żeby w ogóle grać«.

Stockton, który w przyszłości miał być najlepszy w historii NBA w liczbie asyst, przechwytów oraz w okazywaniu skromności, uwielbia opowiadać, jak jedna ze stacji telewizyjnych w Salt Lake City robiła wywiad z jego starszym kolegą z drużyny, przy okazji jakiegoś wyczynu Stocktona już w Utah Jazz:

– Facet powiedział, że niczym specjalnym się nie wyróżniałem.

Przez pierwsze osiemnaście lat życia jego świat ograniczał się do granic miasteczka Spokane, gdzie żyli ludzie prości i uczciwi, spacerujący w eleganckich bucikach, i gdzie gwiazdą futbolową był jego dziadek od strony ojca, Houston Stockton. John był stosunkowo niski – w pierwszej klasie szkoły średniej mierzył 165 centymetrów, a po maturze ledwie 182. To, co pomogło mu w karierze koszykarskiej, to anormalnie wielkie ręce i anormalnie wysoka umiejętność pracy nad sobą i chęć samorozwoju. Stockton był cichy, ale pewny siebie. Jak sam przyznaje, dość szybko się zorientował, że często chodzi o to, kto jest najbystrzejszy, a nie kto największy.

– Czułem, że jak będę grał właściwie, to będę wygrywał – wspomina. – Kiedy się patrzyło na innych, można było pomyśleć, że to oni powinni wygrywać. Ale to my mogliśmy wygrywać.

Nie było powodu, dla którego nie miałby wygrać wtedy turnieju młodzieżowego w Huntington. Kiedy zawodnicy przybyli na miejsce, Stockton zajrzał do oficjalnego programu turnieju, w którym było między innymi stare zdjęcie jednego z zawodników drużyny Chicago.

– Pamiętam, że się zastanawiałem, jak dobry może być ten chłopak.

Tamten chłopak, Isiah Thomas, mniej więcej wzrostu Stocktona, rzeczywiście okazał się całkiem niezły. Drużyna z Waszyngtonu przez trzy kwarty toczyła wyrównaną walkę z prowadzonymi przez Isiaha Chicago, ale potem Thomas wziął sprawy w swoje ręce.

– Udało nam się zastosować skuteczny pressing i chyba Isiah w końcu podjął decyzję, że przestanie się słuchać trenera – opowiada Stockton. – Zaczął wchodzić pomiędzy nas jak w masło. Kozłował, mijał, podawał… ktoś dunkował. Kozłował, mijał, podawał… ktoś dunkował. Kozło wał, mijał… wchodził pod kosz i trafiał layup. Zmasakrował nas. Zmasakrował nas jeden koleś. Koszmar. Wróciłem do pokoju. Na co dzień byłem wtedy uśmiechniętym chłopakiem, ale tamtego dnia czułem złość. Nie mogłem uwierzyć, że można być aż tak dobrym”.

Rozgrywający dostał lekcję koszykówki od Thomasa i wyciągnął z niej właściwe wnioski. Pracował nad poprawą swojej gry jeszcze ciężej. W efekcie pokonał na swojej drodze wiele przeszkód i dostąpił zaszczytu gry w Dream Teamie, czego nie można napisać o Thomasie. Rozgrywający Detroit Pistons był sfrustrowany, że nie znalazł się w kadrze olimpijskiej USA w Barcelonie, ale nigdy nie skrytykował Johna Stocktona:

„Po zakończeniu sprawy Dream Teamu zadzwonił nawet do restauracji Jack and Dan’s Bar and Grill w Spokane i poprosił o rozmowę z właścicielem.

– Chciałem tylko, żeby pan wiedział, panie Stockton – powiedział Isiah do ojca Stocktona – że to, co musiałem powiedzieć o Dream Teamie, nie miało nic wspólnego z pańskim synem. To wielki koszykarz.

Ani Stockton, ani jego ojciec nie zapomną nigdy tego telefonu. A kiedy w 2009 roku John został uhonorowany miejscem w Koszykarskiej Galerii Sławy, poprosił Isiaha, żeby ten towarzyszył mu na scenie. I nawet jeśli było w tym pięćdziesiąt procent teatru, to pozostałe pięćdziesiąt procent było serio”.

Stockton poleciał do stolicy Katalonii, mimo że kilka tygodni przed turniejem olimpijskim złamał prawą nogę po zderzeniu kolanami z … Michaelem Jordanem w meczu przeciwko Kanadzie na mistrzostwach Ameryki. W efekcie Chuck Daly chciał go zastąpić kimś innym, ale John się na to nie zgodził:

„Stockton zaprotestował, poprosił, żeby odczekać, i zaznaczył, że przecież trzeba się z tym przespać. Daly ostatecznie się zgodził. Poszedł na obiad do Jakes’s, najlepszej restauracji z owocami morza w Portland, popularnej wśród ludzi związanych z NBA, i zaczął rozważać potencjalne opcje. Towarzyszyli mu Matt Dobek, którego traktował jak syna, asystent P.J. Carlesimo oraz członek komitetu USA Basketball Rod Thorn.

Daly wiedział, że Stockton nie chce oddawać miejsca w drużynie. I choć nie zabiegał o swoje interesy tak otwarcie jak na przykład Barkley – nazwijmy to niedoszacowaniem stulecia – to z pewnością był bardzo szczęśliwy, że został członkiem Dream Teamu. Świetnie się ze wszystkimi dogadywał i był, podobnie jak Mullin, typem analityka: studiował kąt, pod jakim odbija się piłka, precyzyjnie dobierał moment podania, tak żeby kolega znalazł się w idealnej pozycji do oddania rzutu, wiedział też, kiedy powinien rzucać sam. Stał się mistrzem wybicia się z niewłaściwej nogi, dzięki czemu był w stanie oddawać rzuty na tyle szybko, że wyprzedzał reakcję obrońcy. Stockton był też pierwszym zawodnikiem, który potrafił rozbić podwojenie obrony zaraz po tym, jak się pojawiała, czyniąc ją bezużyteczną.

Po kontuzji Stocktona gazety postanowiły podgrzać temperaturę i uruchomiły sondaże, żeby mieć jakiś materiał na newsa o Dream Teamie, niezwiązany z tym, jak bardzo uda się skopać tyłki kolejnym rywalom. Spośród dziesięciu tysięcy kibiców, którzy odpowiedzieli na zadane przez ‘USA Today’ pytanie, kto powinien zająć miejsce Stocktona, jeśli zajdzie taka konieczność, Isiah zebrał 2872 głosy, drugi był Tim Hardaway z Golden State (2275), trzeci Mark Price z Cleveland (2274), czwarty Bobby Hurley z Duke (1290), a piąty Kevin Johnson (1201). Dumars zebrał niewiele głosów.

Daly i Stockton odbyli kolejną rozmowę.

– Nie odsyłaj mnie do domu, Chuck – poprosił John. – Na igrzyska wydobrzeję. Słuchaj, przecież gdybyś musiał, to dałbyś radę z szóstką.

Daly zastanowił się przez chwilę i odrzekł:

– OK, John. Zostajesz”.

Tamta kontuzja sprawiła, że nie pograł w Dream Teamie tyle, ile by mógł, ale z Barcelony przywiózł mnóstwo dobrych wspomnień i zabawnych anegdot, jak chociażby tę związaną z turystką ubraną w koszulkę Drużyny Marzeń, któ®a go nie rozpoznała:

„Tak naprawdę to Stockton był jedynym członkiem Dream Teamu, który mógł się poruszać normalnie, ponieważ wyglądał, jak sam o sobie mówi, jak »zwykły biały facet, metr osiemdziesiąt dwa, z twarzy niepodobny do nikogo«. Nagrał nawet odcinek dla NBA Entertainment poświęcony swojej anonimowości. Trzymając kamerę, zauważył turystkę ubraną w koszulkę z Dream Teamem i zapytał ją, czy może spotkała któregoś z zawodników.

– Tak, tak, widzieliśmy Charlesa Barkleya, odpowiedziała.

– A może kogoś jeszcze?, spytał Stockton, a chwilę później dwójka jego dzieci zaczęła pokazywać na jej koszulkę, wołając: »Tam jest tatuś!«”.

Później Stockton znalazł się do koszykarskiej reprezentacji Stanów Zjednoczonych, która w Atlancie ’96 sięgnęła po najwyższe laury, ale według niego i tak nie mogła się równać z Dream Teamem:

„Możecie każdą kolejną drużynę nazywać Dream Teamem, ale tak naprawdę był tylko jeden Dream Team. Każdy członek tamtej ekipy był gwiazdą rocka!

Stockton nagle uświadamia sobie, że określił samego siebie jako gwiazdę rocka, więc koryguje:

– No, może nie każdy. Ale pierwsza piątka czy szóstka. Stajesz przy kimś na parkiecie i słyszysz: »Właśnie dotknąłem Magica Johnsona« albo »Właśnie rozmawiałem z Michaelem Jordanem«. Jak możesz czemuś takiemu dorównać?”.

John Stockton, który dziś obchodzi 64. urodziny, nie był najbardziej widowiskowym rozgrywającym w historii koszykówki, ale został liderem klasyfikacji asyst i przechwytów wszech czasów w NBA i uczestnikiem drużyny, której grę oglądał cały świat.

Wszystkiego najlepszego, legendo.

Książka sportowa o NBA „Dream Team” i inne tytuły koszykarskie Wyd. SQN, m.in. „Dream Team” „75 lat NBA”, „Michael Jordan. Życie”, „Magic. Życie Earvina Magica Johnsona” czy „Stephen Curry. Gotowy do rzutu” są dostępne w księgarni sportowej www.labotiga.pl