Różnili się praktycznie wszystkim, a jednak zostali spleceni losem tak mocno, że ich rywalizacja w sezonie 1976 stała się symbolem całej epoki w świecie F1. Austriak był zdyscyplinowany, chłodny i metodyczny. Anglik żywiołowy, rozrywkowy i skłonny do ryzyka. Razem stworzyli opowieść, którą po latach sfilmował Hollywood, o czym wspomniał Maurice Hamilton w książce „Formuła 1. Ilustrowana historia królowej motorsportu. Jedyna w Polsce oficjalna książka o F1”:
„Pojawienie się Nikiego Laudy w Formule 1 było niekonwencjonalne, za to typowe dla samego Laudy, o którym wtedy słyszało niewielu. Powszechnie uważano, że Austriak ma więcej pieniędzy niż rozumu, gdy na sezon 1972 kupił sobie fotel w Marchu, finansując go kredytem bankowym zabezpieczonym polisą na życie, i niczego nie osiągnął. Nie wynikało to jednak z jego braku przygotowania, tylko z tego, że miał do dyspozycji zanadto skomplikowany samochód. Niezrażony tym niepowodzeniem Lauda poszedł do Louisa Stanleya, szefa BRM, i obiecał mu przyprowadzić sponsora, którego nie miał. Na szczęście umiejętności Nikiego za kierownicą dorównywały jego sprytowi. W Monako w 1973 roku pojechał samochodem BRM na tyle dobrze, by przykuć uwagę Enzo Ferrariego. Odkąd podpisał umowę z włoskim zespołem, już nigdy nie oglądał się za siebie. Lauda wykorzystał swoje kompetencje w zakresie rozwijania samochodu, którymi tak bardzo zaimponował w Marchu – wspomógł prace nad autem Ferrari w takim stopniu, że w sezonie 1974 walczył o tytuł mistrzowski. Mistrzem wtedy nie został głównie z powodu pecha i porywczości. Wyciągnął wnioski, wprowadził odpowiednie zmiany i w 1975 roku sięgnął po swój pierwszy tytuł mistrza świata. W porównaniu z tym, co miało stać się potem, ten sezon był wręcz bajeczny.
Decyzja jednego kierowcy może wywołać efekt domina, który będzie mieć istotny wpływ na postępy innego zawodnika. Klasycznego przykładu takiej sytuacji dostarczył pod koniec 1975 roku Emerson Fittipaldi. W 1974 roku przeszedł z Lotusa do McLarena, z którym wywalczył drugi w karierze tytuł mistrzowski. Następnie w ostatniej chwili z tegoż McLarena odszedł, by pomóc bratu w założeniu całkowicie brazylijskiego ze społu F1. Jeden nowy zespół dołączył do Formuły 1 i jeden z niej odszedł, ponieważ prywatnej ekipie Hesketh zabrakło pieniędzy na kontynuowanie startów. Tak oto James Hunt został bez fotela wyścigowego.
McLaren i Hunt byli na siebie niemalże skazani, choć trzeba przyznać, że to brytyjska ekipa brała na siebie większe ryzyko, ponieważ angielski kierowca zdążył już sobie wyrobić określoną reputację – nazywano go wówczas „Hunt the Shunt” (Hunt Dzwon). Mimo to nikt nie miał wątpliwości, że w sprzyjających okolicznościach Hunt potrafił być szybki. Okoliczności miały się okazać perfekcyjne, o czym już niedługo przekonał się Lauda.
Sezon 1976 przeszedł do historii Formuły 1, ponieważ walka Laudy i Hunta o tytuł mistrzowski odbywała się w kontekście niesamowitych popisów na torze, intryg politycznych, dyskwalifikacji oraz okazjonalnych sporów, chętnie wywoływanych i podsycanych przez coraz bardziej zainteresowane media. Historia ta mogła jednak zostać przerwana w połowie, a konkretnie 1 sierpnia, na Północnej Pętli toru Nürburgring, gdzie Lauda się rozbił, a jego samochód stanął w płomieniach. Lauda, który nabawił się oparzeń wewnętrznych od wdychania gorących oparów z płonącego wraku, otrzymał nawet ostatnie namaszczenie, gdy przetransportowano go na oddział leczenia oparzeń szpitala w Mannheim. Kapłan – jak i wszyscy inni – absolutnie nie docenili determinacji Austriaka, która okazała się równie imponująca jak jego postępy w powrocie do zdrowia. Sześć tygodni później poowijany bandażami Lauda ponownie zasiadł w kokpicie. Jakby nie dość było dramaturgii, do tego powrotu doszło na Autodromo Nazionale Monza, jednej z najwspanialszych aren wyścigowych. Czwarte miejsce w tamtym wyścigu dało mu wstęp do panteonu sportowców, którym udało się zaliczyć najbardziej nieprawdopodobne powroty.
Tym samym walka o tytuł mogła być kontynuowana i trwała aż do ostatniej rundy mistrzostw, Grand Prix Japonii. Tam znowu nie zabrakło kontrowersji. Wyścig odbył się w ulewnym deszczu – warunki były tak trudne, że dzisiaj nikomu przez myśl nie przeszłoby się ścigać. Przed kilkunastu tygodniami Lauda cudem przeżył jeden wypadek, więc teraz dokładnie wiedział, co powinien zrobić. Zatrzymał swoje Ferrari po dwóch okrążeniach i zrezygnował z dalszej jazdy w wyścigu, tym samym oddając tytuł mistrza świata Huntowi, który dzięki trzeciemu miejscu na mecie zdobył go z przewagą jednego punktu nad Austriakiem. W ten sposób zakończył się sezon, który był tak pełen emocji, że 40 lat później nakręcono o nim pełnometrażowy film fabularny”.
Niki Lauda wspomniał o Angliku w swojej autobiografii „Niki Lauda. Do piekła i z powrotem. Autobiografia legendy Formuły 1”:
„W okresie startów w Formule 3 spędzaliśmy razem dużo czasu, wtedy żaden z nas nie miał grosza przy duszy. Do dziś widzę, jak James jeździł z wyścigu na wyścig Fordem Transitem, w którym mieścił swoich mechaników i namiot. Przez pewien czas dzieliliśmy nawet kawalerkę w Londynie. W jego towarzystwie zawsze działy się zwariowane rzeczy i wiecznie kręciły się wokół nas jakieś dziewczyny. Hunt bawił się ostro, podejrzewam, że 15 lat wcześniej podobnie żył Innes Ireland – grał o najwyższą stawkę i czerpał z życia pełnymi garściami. Przy tym wszystkim Hunt był otwartym i bezpretensjonalnym facetem, a także znakomitym kierowcą. W 1976 roku, gdy wyszarpał mi tytuł mistrzowski, jeździł świetnie i najwyższą formę złapał w ostatniej części sezonu – dogonił mnie i wyprzedził w walce o mistrzostwo świata”.
Książki o motoryzacji i F1 „Formuła 1. Ilustrowana historia królowej motorsportu. Jedyna w Polsce oficjalna książka o F1” oraz „Niki Lauda. Do piekła i z powrotem. Autobiografia legendy Formuły 1” są dostępne w księgarni sportowej www.labotiga.pl
Lauda wypowiadał się na temat Hunta z mieszaniną szacunku i sentymentu. Ich pojedynek z 1976 roku pokazał, że w wyścigach liczą się nie tylko talent i technika, ale także charakter, odwaga i umiejętność podejmowania decyzji w najtrudniejszych momentach. To dlatego historia Laudy i Hunta, mimo że minęły dekady, wciąż inspiruje i przypomina, że wielkość w sporcie rodzi się zarówno z perfekcji, jak i z pasji.
Dziś przypada 78. rocznica urodzin Jamesa Hunta, mistrza kierownicy, który żył jak rockman.