Meksykański mundial w 1986 roku okazał się dla reprezentacji Polski nieudaną próbą obrony trzeciego miejsca z hiszpańskiego turnieju rozegranego cztery lata wcześniej.
Piłkarze Antoniego Piechniczka trafili do Grupy F, w której znalazły się Anglia, Maroko i Portugalia. Biało-Czerwoni po bezbramkowym remisie w pierwszym meczu z Marokiem i zwycięstwie 1:0 nad Portugalią po golu Włodzimierza Smolarka przegrali 0:3 z Anglikami. Hat tricka dla ekipy Trzech Lwów ustrzelił wtedy Gary Lineker.
Mimo porażki z Anglikami Polacy awansowali do fazy pucharowej MŚ, po tym, jak Maroko ograło 3:1 Portugalię.
W 1/8 finału „Orły” Piechniczka trafiły na Canarinhos. Dowodzeni przez Zbigniew Bońka piłkarze ponieśli klęskę 0:4, choć w pierwszej połowie mieli sytuacje bramkowe, ale zabrakło im wyrachowania i szczęścia.
Tamten mecz, rozegrany 16 czerwca 1986 roku, doskonale pamięta Dariusz Szpakowski. Znany komentator opisał pojedynek Polaków z Brazylijczykami, a także to, co go spotkało po nim w książce „Wita państwa Dariusz Szpakowski”:
„Teraz, w 1986 roku, kiedy po klęsce 0:4 z Brazylią emocje jeszcze we mnie buzują, widzę Telê Santanę, opromienionego awansem do ćwierćfinału mundialu. Gdy debiutujesz w mistrzostwach świata jako komentator telewizyjny, a twoja drużyna narodowa cztery lata wcześniej była jedną z najlepszych na globie, liczysz na coś więcej niż 1/8 finału. Dla mnie to koniec świata, bardzo mocno przeżywam niepowodzenie reprezentacji. Mimo to podchodzę do selekcjonera rywali i gratuluję mu wyniku, przypominam o naszym spotkaniu w Argentynie. Widzę, jak za siatką, niczym rój pszczół, kłębią się brazylijscy dziennikarze, a każdy z nich ma jeden cel – porozmawiać z trenerem Canarinhos. Zazdroszczę im tej euforii, czuję też gniew, że moje marzenia się nie spełnią. To zderzenie z radością Brazylijczyków potęguje tylko okrucieństwo sytuacji i mój ból.
Na zawsze zapamiętam też moment, kiedy oficer prasowy prowadzi mnie do studia w Guadalajarze, w którym mam rozmawiać z Antonim Piechniczkiem i Zbigniewem Bońkiem. Zibi spełnia w ten sposób swoją obietnicę, przed spotkaniem bowiem zapowiedział, że przyjdzie do studia po ostatnim meczu Polaków na mundialu. W takich sytuacjach musisz pojawić się w konkretnym czasie i miejscu, co oznacza duży stres, czy zdążysz, czy wszystko pójdzie dobrze. A po takim meczu jest jeszcze trudniej – reprezentacja wysoko przegrywa i jedzie do domu, a ty zostajesz na turnieju i wiesz, że twoi goście nie będą w szampańskich nastrojach.
Dziewięć dni wcześniej byłem szczęśliwym człowiekiem, bo pokonaliśmy Portugalię 1:0 po golu Włodka Smolarka. Zaczepiłem nawet Eusébio i choć nie znam portugalskiego, a on nie mówi w żadnym innym języku niż ojczysty, poprosiłem kogoś o pomoc i słynny piłkarz pozdrowił polskich widzów. A teraz żałoba. Boniek i Piechniczek rzucają klątwę na polski futbol, nie zdając sobie pewnie sprawy, że utrzyma się ona w mocy przez długich szesnaście lat.
Najdziwniejszy jest jednak mój powrót do Polski z Meksyku, oczywiście już po finale. Lecimy trasą Ciudad de México–Hawana–Moskwa–Warszawa. W Meksyku dobrze mieć kogoś z Polski, na wszelki wypadek, żeby nam pomógł w różnych sprawach, takich jak na przykład wynajęcie kilku samochodów. No i chłopaki znają takiego gościa, trenera chodziarzy, który wyszkolił paru miejscowych zawodników i stał się tam guru w tej dyscyplinie. Ci zawodnicy, podopieczni Polaka, dają na pożegnanie Dyi i Budnemu alkohol w plastikowych kanistrach, taki ichniejszy bimber, coś w rodzaju mocnej tequili. W Moskwie rzecz jasna celnicy zatrzymują ten towar, ale jako że Polacy alkoholu nie marnują, koledzy rozlewają zawartość kanistrów wśród pasażerów samolotu – i trzeba przyznać, że dalszy lot jest wesoły. Przylatujemy całą ekipą do Warszawy. Na Okęciu ląduje kilka samolotów jednocześnie i Dyja rzuca:
– Idź no tam, Darek, spróbuj załatwić, żeby nas wcześniej przyjęli.
Ponieważ był to już czas, kiedy stałem się rozpoznawalny, postanawiam zagadnąć szefa celników, który natychmiast mówi:
– O, panie Darku, już wołam tutaj dwóch kolegów!
Nim zdążyłem wziąć swój bagaż, wyprzedzili mnie redakcyjni koledzy – złapali za torby i szybko do okienka odpraw, gdzie kończą na osobistej kontroli. A do mnie jeden z celników rzuca:
– Co pan deklaruje?
Otwieram bagaż, a funkcjonariusz na to:
– A czy ja panu kazałem otwierać walizkę?
– Nie.
– To po co ją pan otwiera?
Czuję, że robi się nieprzyjemnie. Pada kilka obowiązkowych pytań o to, co przewożę. Ale głównym przedmiotem zainteresowania celników są pieniądze. To taki czas, że jeśli chcesz cokolwiek wpłacić na konto, musisz zadeklarować, że wwiozłeś do kraju tyle i tyle.
– Ile pan ma pieniędzy?
– Tyle dolarów – odpowiadam.
Mam ich dużo, bo wziąłem trzy tysiące zielonych na kręcenie jakiegoś filmu dla Dyi. Zabrał ode mnie część tych pieniędzy, ale ponieważ miałem tak zwaną deklarację wywozową, to musiałem je zdeklarować, żeby wypełnić później deklarację przywozową. Zaoszczędziłem też sto dolarów, co w tamtych latach było sporą kasą, bo jak człowiek miał dwadzieścia zielonych, to mógł zaszaleć w peweksie, kupując lepszą wódkę, papierosy czy kawę.
Uczciwie to wszystko mówię. Celnik nagle robi się miły. Pyta, dlaczego moim zdaniem przegraliśmy z Brazylią tak wysoko. Opowiadam trochę, po czym, widząc, że moi koledzy też są trzepani przez celników, pytam:
– O co tutaj chodzi?
– Dostaliśmy rozkaz”.
Książka „Wita państwa Dariusz Szpakowski” jest dostępna na www.labotiga.pl
Foto: Zdjęcie pochodzi z prywatnego archiwum Dariusza Szpakowskiego, wszelkie prawa zastrzeżone