Czy Netflix uratował Formułę 1, czy zamienił ją w wyreżyserowany reality show? Prawda o „Drive to Survive”

Kiedy Liberty Media przejmowało Formułę 1 od CVC i Berniego Ecclestone’a, ich cel był jasny: podbić Amerykę. Próbowali wszystkiego – od pokazów bolidów na ulicach Hollywood po poluzowanie zasad w mediach społecznościowych. Ale ironia losu sprawiła, że największy sukces marketingowy w historii tego sportu przyszedł z kierunku, którego poprzedni włodarze F1 by nie zaakceptowali.

Mowa oczywiście o serialu „Formuła 1: Jazda o życie” (Drive to Survive).

Dziś F1 w USA bije rekordy popularności, a Brad Pitt kręci o niej film. Ale jak czytamy w książce „Szybkie pieniądze”, ten sukces wcale nie był oczywisty, a wręcz stał w sprzeczności z filozofią, która rządziła tym sportem przez dekady. Autorzy książki zauważają, że Bernie Ecclestone prawdopodobnie „ukróciłby ten projekt”, ponieważ w jego modelu biznesowym serial dokumentalny stanowił zagrożenie dla nadawców telewizyjnych płacących miliardy za wyłączność.

Tymczasem Liberty Media zaryzykowała. I wygrała, choć pomogła jej w tym… pandemia. Gdy świat został zamknięty w domach, miliony ludzi odkryły na Netflixie świat pełen intryg, pieniędzy i przekleństw Günthera Steinera.

Jednak kij ma dwa końce. Wraz z popularnością przyszły oskarżenia o „hollywoodyzację” sportu. Czy wiedzieliście, że twórcy serialu dodawali do materiałów z wyścigów sztuczne efekty dźwiękowe?

W książce sportowej o F1 „Szybkie pieniądze” czytamy o tym, że: „Do materiału z wyścigów dodaje się efekty specjalne, przez co opony wydają dźwięk piszczenia nawet podczas przelatywania przez pułapki żwirowe. Część komentarza jest dogrywana post factum, by uwypuklić wątki szczególnie interesujące producentów”.

To właśnie to sztuczne podkręcanie dramaturgii sprawiło, że Max Verstappen odmówił udziału w 4. sezonie serialu. Jak cytują autorzy książki, obecny mistrz świata stwierdził wprost: „w tym serialu liczą się wyłącznie emocje. […] Przedstawiają nas i wszystko inne tak, jak akurat pasuje im do odcinka”.

Dla Liberty Media liczy się jednak wynik finansowy, a ten – przynajmniej na papierze – wyglądał imponująco. Greg Maffei, dyrektor generalny Liberty, chwalił się w 2023 roku, że „jeden na trzech fanów zaczął interesować się F1 w ostatnich czterech latach”. To potężna liczba. Ale czy ci „nowi fani” są tu dla sportu, czy dla show?

Książka „Szybkie pieniądze” przytacza niepokojące dane agencji Nielsen, które sugerują, że serial Netflixa ma problem z konwertowaniem widzów na kibiców wyścigowych. Raport wykazał, że „tylko 41 procent z nich [widzów serialu] włączyło trzy pierwsze wyścigi sezonu 2022”. Okazało się, że dla wielu osób serial stał się ważniejszy i ciekawszy niż same niedzielne Grand Prix, które często bywają przewidywalne i pozbawione takiej dramaturgii, jaką serwują montażyści z Hollywood.

To stawia F1 przed dylematem: czy dalej iść w stronę rozrywki (jak wyścigi w Las Vegas, gdzie show jest ważniejszy od sportu), czy dbać o purystów, którzy są z tym sportem od lat?

A Wy? Zaczęliście oglądać F1 dzięki Netflixowi, czy jesteście fanami „starej daty”, których denerwują sztuczne dramaty w „Drive to Survive”? Dajcie znać w komentarzach! 👇

Fot. Steve from Austin, TX, USA/Wikimedia Commons

Zamów książkę „Szybkie pieniądze. Jak tajne umowy, szpiegowskie afery i walka o władzę zmieniły Formułę 1 w globalny biznes” w internetowej księgarni sportowej na www.labotiga.pl