George Gervin był maszyną do zdobywania punktów. Trafiał do kosza na wszelkie możliwe sposoby. Jego płynność gry, kontrola nad piłką i powtarzalność były imponujące. Mimo niesamowitych umiejętności strzeleckich nigdy jednak nie sięgnął po mistrzostwo NBA, choć przeszedł do historii tej ligi za sprawą pojedynku, który stoczył z Davidem Thompsonem, o czym wspomniał Sam Smith w książce „Mistrzowie gry. Historia NBA w 75 opowieściach o legendarnych zawodnikach”:
„George Gervin był dla koszykówki tym, kim Miles Davis, John Coltrane czy Charlie Parker dla jazzu. Pionierem znakomicie grającym solo. Nosił przydomek Iceman, bo na parkiecie zachowywał całkowity spokój, sprawiał wrażenie, jakby nigdy się nie pocił, poruszał się z płynnym wdziękiem, pozornie ospale, raz po raz kończąc akcje pięknym finger rollem. Wziął udział – podobnie jak Wilt w Hershey – w jednym z najwspanialszych strzeleckich popisów w historii, których nikt nie zobaczył.
Był 9 kwietnia 1978 roku. Dzień pełnej emocji ceremonii pożegnalnej kończącego karierę w Bostonie Johna Havlicka. Mecz pokazywano w ogólnokrajowej telewizji, mówiono tylko o nim i nikt nie zwracał uwagi na wyścig po tytuł króla strzelców. Na prowadzenie wysunął się David Thompson, ale tego samego dnia swój mecz mieli jeszcze zagrać Gervin i jego San Antonio Spurs. Thompson, idol młodego Michaela Jordana i jeden z tych, którzy mogli osiągnąć wszystko, gdyby nie narkotyki, zdobył 73 punkty i wysunął się na prowadzenie.
Kilka godzin później Gervin spudłował 5 z pierwszych 6 rzutów, lecz jego trener, Doug Moe – także przesiedleniec z ligi ABA – zarządził: „Pozwolili Thompsonowi zdobyć 73? Dobra, nie rzuca nikt poza Ice’em”. Gervin zdobył rekordowe 33 punkty w drugiej kwarcie i z łatwością dobił do 63, co zapewniło mu powrót na pierwsze miejsce, a następnie przesiedział na ławce większość drugiej połowy w niemającym żadnego znaczenia ostatnim meczu sezonu. Wyprzedził Thompsona o 0,1 punktu.
Spurs z Gervinem na czele nigdy nie sięgnęli po tytuł, ale często byli blisko. To jedna z zapomnianych znakomitych drużyn przełomu lat 70. i 80., ekipa z ABA, która najlepiej poradziła sobie z kosztami wkupienia się do NBA w operacji, która rzekomo była fuzją. Dysponowali mocą w ofensywie, a ich trenerem był ofensywnie nastawiony Moe. Mieli Gervina, później także Artisa Gilmore’a, Larry’ego Kenona, niedocenianego Jamesa Silasa, Billy’ego Paultza oraz rzucającego wówczas sporo punktów Mike’a Mitchella. Zawalili finały konferencji przeciwko Bullets, w których prowadzili 3-1. Zwycięski rzut w ostatnim meczu oddał najbardziej zapomniany gracz spośród tych biorących na siebie ciężar decydujących akcji, Bobby Dandridge.
Gdy na początku lat 80. Spurs przesunięto do Konferencji Zachodniej, w sezonie 1981/82 to Lakers okazali się dla nich przeszkodą nie do przejścia. Gervin zakończył swoją grę w NBA rocznym pobytem w Chicago – w sezonie, który Michael Jordan w większości opuścił przez kontuzję – a następnie na krótko przeniósł się do Włoch. Jego kariera była pełna wybojów. Został wyrzucony z niewielkiej uczelni Eastern Michigan University za bójkę, która mogła zaprzepaścić jego przyszłość. Przeszedł do drużyny z ligi CBA, Pontiac Chaparrals. Tam wyszukał go pracujący wówczas w Virginia Squires Johnny Kerr.
Wraz z Juliusem Ervingiem stworzył najlepszy koszykarski duet, którego nikt nie miał okazji oglądać. Grali głównie w prowincjonalnych miastach Wirginii. Borykający się z problemami finansowymi Virginia Squires najpierw sprzedali prawa do Ervinga, a potem podobnie postąpili z Gervinem, który trafił do grających wówczas w ABA Spurs”.
Książka sportowa o NBA „Mistrzowie gry. Historia NBA w 75 opowieściach o legendarnych zawodnikach” jest dostępna na www.labotiga.pl