Monta Ellis miał podobne warunki fizyczne jak Stephen. Grał na pozycji rzucającego obrońcy, był najlepszym strzelcem ekipy Wojowników i miał spory wpływ na grę Curry’ego w NBA

Kilka lat przed pojawieniem się Stepha Curry’ego w Oakland to on był największą gwiazdą drużyny Golden State Warriors. Monta Ellis miał podobne warunki fizyczne jak Stephen. Grał na pozycji rzucającego obrońcy, był najlepszym strzelcem ekipy Wojowników i miał spory wpływ na grę Curry’ego w NBA, o czym ten wspomniał w książce „Gotowy do rzutu”:

„Podczas naszych treningów obserwowałem Montę Ellisa. Nie odzywał się do mnie słowem, ale jego talent mówił wszystko. To był gracz obdarzony naturalnym talentem, uparcie dążący do sukcesów. W 2005 roku Warriors wybrali go w drafcie prosto z liceum w Jackson, w stanie Missisipi. Do każdego meczu podchodził z instynktem zabójcy. Bez względu na panujący w klubie chaos jego nastawienie zawsze było takie samo: »Dajcie mi piłkę, a ja dam wam punkty«. Odegrał ważną rolę w sukcesie z czasów »We Believe«, choć nie został za to należycie doceniony w prasie. Nellie też się do tego przyczynił, nazywając go »trudnym do trenowania«.

Monta, podobnie jak ja, był mierzącym około 190 centymetrów obrońcą, więc moje pojawienie się w klubie niespecjalnie go ucieszyło. Podczas przedsezonowego spotkania z mediami stwierdził, że nie można wystawiać na obwodzie dwóch niskich graczy. Miał trochę racji – faktycznie trudno grać dwoma niskimi obrońcami. Jednak sposób, w jaki to powiedział, moment, w którym to zrobił – oraz fakt, że nie zdążyliśmy jeszcze odbyć choćby jednej rozmowy – no cóż, to było nieco dziwne. I dostarczyło pożywki dziennikarzom.

Sprawa miała się tak: Monta już w wieku 24 lat był poniekąd koszykarskim weteranem. W zasadzie zmuszono go do liderowania zespołowi, który właściwie nie posiadał żadnej tożsamości. Wciąż wchodził jeszcze w tę rolę starego wyjadacza, w której wkrótce czuł się już znacznie pewniej. Obserwowałem ten etap jego kariery, wiele się dzięki temu nauczyłem i później byłem mu za to niezwykle wdzięczny. Zapomnijmy jednak na moment o przywództwie – jeśli chodzi o Montę, najlepiej z tamtego pierwszego sezonu pamiętam samą radość ze wspólnych występów z kimś takim jak Pocisk z Missisipi. Ciągle naciskał na defensywę rywali, mijał kryjących go obrońców i kończył akcje w zasadzie z każdej pozycji. To była znakomita lekcja na temat szybkości gry w NBA. Cieszyłem się każdą jej sekundą.

Któregoś dnia, z tydzień przed rozpoczęciem mojego drugiego sezonu, tuż po treningu zadzwonił telefon. Męczyłem się przez cały obóz przygotowawczy. Nie rzucałem tak skutecznie, jak chciałem. Wszystkie moje statystyki szły w dół. Odebrałem. Dzwonił Monta. Nie mieliśmy jakichś bliższych relacji w czasie moich debiutanckich rozgrywek, ale bardzo go lubiłem. Był cichy, ale zdarzało mu się rzucić znienacka jakimś krótkim tekstem, który zostawał w głowie.

Pewnego razu mieliśmy trening rzutowy, a Monta dość długo nie mógł wejść w rytm. Jeden z asystentów trenera, nie pamiętam już który, krzyknął: »Hej, Monta, zamierzasz coś trafiać?«.

Ellis wciągnął powietrze.

»Na razie nie czuję popcornu – stwierdził. – Mam trafiać teraz czy później?«.

Wciąż sięgam po ten jego bon mot.

Jednak z czysto koszykarskiego punktu widzenia raczej nie utworzyła się między nami bliższa więź. Nie mogę powiedzieć, byśmy mieli do siebie pełne zaufanie. I dlatego ten telefon trochę mnie zaskoczył.

– Ej, powiedz tylko, czy czujesz presję – rzucił Monta.

– O, tak – odparłem.

– Mierzysz się z oczekiwaniami. Ja mam tak samo.

Stwierdził, że za dużo myślę na parkiecie. Miał rację. Zdradził mi, że czuł się podobnie, gdy był młodszy. Dodał, że bardzo łatwo wpuścić do głowy krytykę, która zaczyna wpływać na twoją głowę, gdy usiłujesz jak najlepiej robić to, co najbardziej kochasz.

– Po prostu graj tak, jak najlepiej umiesz – powiedział.

Nie musiał tego robić. Nikt nie musiał. Zapewne częściowo motywowało go przekonanie, że powinienem grać lepiej, by nasz zespół miał szansę na odnoszenie zwycięstw w nadchodzącym sezonie. Mieliśmy wspólnie rządzić na obwodzie, ale dostrzegł, jak bardzo ta drużyna zmieniła się od czasu, gdy to on był dzieciakiem w ekipie z czasów »We Believe«. Teraz jego ówczesnych partnerów z boiska nie było już z nami, a on przejął rolę weterana. Choć miał dopiero skończyć 25 lat, już rozpoczynał swój szósty sezon w lidze.

Wciąż był młody, ale wszedł w tę nową rolę. Ja też musiałem brać pod uwagę ewolucję, którą przechodził. Zmieniał się ton naszej relacji. Tamta krótka rozmowa pomogła mi wyjść z dołka”.

Książka sportowa „Stephen Curry. Gotowy do rzutu” jest dostępna na www.labotiga.pl

Foto: Christian/Flickr/Ytoyoda/Wikimedia Commons/CC-BY-SA-2.0