Kiedy wydawało się, że Krzysztofowi Surlitowi pozostały już tylko występy w turniejach oldbojów, były pomocnik Widzewa dostał propozycję gry w Finlandii

Kiedy wydawało się, że Krzysztofowi Surlitowi pozostały już tylko występy w turniejach oldbojów, były pomocnik Widzewa dostał propozycję gry w Finlandii. Na boiskach krainy tysiąca jezior imponował przede wszystkim siłą strzału. Po jednym z jego uderzeń rywal stracił przytomność i trafił do szpitala.

Do nieoczekiwanego zdarzenia z jego udziałem doszło również poza boiskiem, gdy podczas zbierania grzybów z dobrze znanym mu z drużyny widzewiaków Wiesławem Wragą zostali zatrzymani przez fińskie wojsko, o czym wspomnieli Kamil Kijanka i Dariusz Postolski w książce „Krzysztof Surlit. Widzewski charakter” dostępnej na www.labotiga.pl

Fragment

Do Finlandii były zawodnik RTS-u wyjechał jednak nie sam, lecz z dawnym klubowym kolegą, Wiesławem Wragą. Występowali wprawdzie w różnych zespołach (Wiesław w ekstraklasie, Krzysztof w trzeciej lidze), ale mieszkali zaledwie trzy kilometry od siebie. Wspólnie spędzali więc sporo czasu i mogli na siebie liczyć. Kiedy mieli wolne, zwiedzali okoliczne tereny. Do Helsinek mieli ponad 600 kilometrów; zdecydowanie bliżej, bo niespełna 200 kilometrów, było z Oulu do oficjalnej siedziby Świętego Mikołaja – Rovaniemi.

Mimo że kluby Wiesława Wragi i Krzysztofa Surlita dzieliły aż dwie klasy rozgrywkowe, obaj zawodnicy otrzymali dobre warunki, o czym opowiada ten pierwszy:

– Krzysiek przyjechał do Finlandii w maju, a ja w czerwcu. Kluby zapewniły nam mieszkanie, samochód i posiłki. Trenowaliśmy codziennie, zajęcia zaczynały się zazwyczaj o 17.00, później jadaliśmy w jednej restauracji. Za występy płacono nam w fińskich markach. W moim zespole było dwóch innych obcokrajowców, Ukrainiec i Anglik z polskimi korzeniami, Mark Dziadulewicz. Co ciekawe, ten ostatni nie za bardzo lubił Polaków. Rozgrywki prowadzono systemem wiosna–jesień. Grać zaczynaliśmy w maju, we wrześniu był koniec sezonu i wracaliśmy do Polski. Tamtejsza piłka przypominała stylem futbol angielski. Często występowałem w ataku, a naprzeciwko mnie w obronie rywali grali niezwykle wysocy, dwumetrowi chłopcy. Krzyśkowi odpowiadało to bardziej niż mnie. Plan był taki, by wszyscy trzej byli widzewiacy pograli jakiś czas w Finlandii, a następnie przenieśli się do któregoś z klubów Beneluksu. Niestety, niedługo po przybyciu Wragi i Surlita przygoda Sajewicza w Oulu dobiegła końca i koncepcja ta legła w gruzach.

Krzysztof i Wiesław nie byli wszelako jedynymi Polakami grającymi wtedy w Finlandii. Oprócz nich w tamtejszych klubach występowali również Kazimierz Putek, Józef Robakiewicz, Tomasz Arceusz i Kazimierz Buda.

Po rozbiciu drugiego w tabeli zespołu Kraft (5:1) nasz bohater znów o sobie przypomniał. W następnej kolejce, 23 lipca 1990 roku, Oulu grało z drużyną Valkeakosken Koskenpojat. Podopieczni Hedmana przegrywali od 15. minuty, ale potem sprawy w swoje ręce, a właściwie nogi, wziął Krzysztof Surlit. W 53. minucie oddał potężny strzał z rzutu wolnego z 20 metrów, a piłka przebiła się przez mur VPS, odbiła się od obrońcy i bramkarz Vesa Holli był bezradny. Na tablicy wyników zrobiło się 1:1. Gol Polaka rozochocił całą drużynę, która ruszyła do ofensywy, tak że zwycięska bramka wydawała się kwestią czasu. I tak się właśnie stało – Pasi Perälä strzelił gola na 2:1 już w 59. minucie.

W drużynie przeciwnej grali dwaj inni Polacy: Kazimierz Buda i Tomasz Arceusz. Obaj doskonale wiedzieli, że potężny strzał to znak firmowy Surlita. Kiedy więc Oulu otrzymało rzut wolny, za wszelką cenę próbowali przekonać kolegów, że stawianie muru w tej sytuacji nie ma sensu. Ci jednak nie posłuchali i przekonali się także na własnej skórze, jakimi konsekwencjami może zakończyć się kopnięcie Polaka. „Surlit zaprezentował swoje »bycze kopnięcie« także w 74. mi- nucie. Polak tym razem strzelił w mur. Piłka trafiła w prawą skroń Riku Alanko i ten padł na murawę. VPS musiało zdjąć z boiska zawodnika, którego natychmiast zabrano do szpitala na obserwację. Piłkarz z Vaasa bowiem na moment stracił przytomność po tym uderzeniu”.

Zelowianin brał nawet później udział w specjalnym spotkaniu z udziałem dziennikarzy, którzy mieli zbadać, z jaką siłą potrafi uderzyć futbolówkę. Polak strzelał, a stojący za bramką policjant dokonywał pomiaru – piłka potrafiła osiągnąć prędkość 119 kilometrów na godzinę! Tym samym Krzysztof okazał się lepszy od słynnego Ronalda Koemana, który w 1994 roku w półfinałowym spotkaniu Pucharu Europy Barcelony z Porto popisał się petardą lecącą trochę wolniej, bo „tylko” 112 kilometrów na godzinę.

Surlit odniósł się do wspomnianego eksperymentu w wywiadzie udzielonym redaktorowi Andrzejowi Szymańskiemu: „Przypuszczam, że z jeszcze większą prędkością zmierzała piłka do bramki po moich strzałach, kiedy występowałem w meczach mistrzowskich polskiej ekstraklasy czy też na pierwszoligowych boiskach we Francji, kiedy byłem zawodnikiem Nîmes. Byłem po prostu młodszy, silniejszy i bardziej wytrenowany”. Wyjaśnił również, że silny strzał zawdzięcza nie tylko treningom, ale i wrodzonym predyspozycjom: „Myślę, że trzeba być w miarę silnym, dobrze umięśnionym i mieć odpowiednio zbudowaną stopę. Proszę zauważyć, że przy wzroście 180 cm noszę »siódemkę«, a więc mały rozmiar. Mam ponadto bardzo wysokie podbicie i… ogromne trudności ze znalezieniem odpowiedniego obuwia”.

Po awansie zespołu OLS do pierwszej dywizji (czyli na drugi poziom rozgrywkowy) szefowie klubu za wszelką cenę chcieli, by Krzysztof przedłużył kontrakt. Musiał wrócić do Finlandii na początku kwietnia, bo drużyna OLS wznawiała wtedy treningi. Pomocnika ponownie czekała kilkumiesięczna rozłąka z rodziną. Przy okazji wspomnień z tego okresu Bartłomiejowi przypomniała się pewna historia z jego tatą w roli głównej:

– Opowiadał, że pewnego razu z kolegą z Widzewa, który także grał wtedy w fińskim klubie, jechali autostradą i zauważyli mnóstwo grzybów. Zaczęli je zbierać, nieświadomi, że robią coś złego. Okazało się jednak, że to teren wojskowy, na którym zbieranie grzybów było surowo wzbronione, więc w pewnym momencie przyjechali żandarmi i ich zatrzymali. Kilka ładnych godzin spędzili w areszcie i na pewno nie było im do śmiechu.
Kolegą tym był nie kto inny jak znany wszystkim widzewiakom Wiesław Wraga, który tak pamięta to zdarzenie:

– Mieszkaliśmy od lasu pięć minut jazdy samochodem. Wojsko nas złapało i aresztowało, bo wzięło nas za szpiegów. Okazało się, że nie powinniśmy nawet tam mieszkać, bo obok stacjonowało wojsko. Odprowadzono nas pod eskortą do aresztu, gdzie spędziliśmy kilka godzin. Na szczęście pracowali tam komputerowcy z Polski. Kazali nam w końcu podpisać odpowiednie pismo i nasze perypetie się skończyły.

Zamów książkę na www.labotiga.pl

Foto: M. Widerkiewicz; zdjęcie pochodzi z prywatnego archiwum