FRANCJA – POLSKA W PARYŻU, 16 SIERPNIA 1995

Na ten wyjazd szykowała się cała kibicowska Polska. O meczu z Francuzami mówiło się zaraz po losowaniu grup. Była to bezdyskusyjnie najlepsza kibicowsko eskapada lat 90. poza granice naszego kraju. Doszło do niej krótko po słynnym turnieju organizowanym przez nas w Gdyni w maju 1995 roku. Na meczu w Paryżu między polskimi ekipami miał obowiązywać pakt o nieagresji i z takim nastawieniem jechali prawie wszyscy.

W Arce też była dość duża mobilizacja, choć w Gdyni postawiliśmy nie na liczebność, a na jakość – łącznie było nas coś koło setki. Do Francji busami i autami pojechała cała nasza elita, ze Śródmieściem, Cisową i resztą świrów….

Organizacją wyjazdu do stolicy Francji zajął się Zbyszek Rybak. To on załatwił autokar, zarezerwował nam noclegi pod Paryżem w znanej w całej Europie Zachodniej sieciówce Formuła 1, więc nie pozostało nam nic innego, jak zbierać kasę w gronie samych wariatów. Mieliśmy nieco inny plan podróży niż reszta ekip. Ruszyliśmy kilka dni wcześniej.

Najpierw udaliśmy się za Słupsk, na wyjazdowy mecz Arki do Stali Jezierzyce. Stawiło się nas tam grubo ponad 400 osób, co jak na tę miejscowość było nie lada wydarzeniem. Podróż do Francji przebiegała oczywiście pod znakiem jednego wielkiego melanżu, alkohol lał się strumieniami.

A że wyprawa nie była krótka, więc zaplanowaliśmy sobie wypoczynek w niemieckim mieście Bochum. Spędziliśmy tam miło czas na basenie i w saunie, zwiedziliśmy miasteczko, zakupiliśmy prowiant i późnym wieczorkiem ruszyliśmy w stronę Francji.

Ale po drodze udaliśmy się jeszcze do kipiącego seksem i trawą Amsterdamu. Dojechaliśmy tam nad ranem, kto chciał, przyciął komara w autokarze. Potem każdy miał czas wolny od południa aż do północy, więc podzieliliśmy się na mniejsze grupki i daliśmy się wchłonąć stolicy Holandii.

Jak się potem okazało, w godzinach wieczornych wszyscy spotkaliśmy się – co za niespodzianka! – w słynnej dzielnicy czerwonych latarni. Wstydem byłoby przecież nie zobaczyć najsłynniejszej części miasta, gdzie kobitki są tanie i gorące. Największą popularnością cieszyły się Azjatki. Ale i mówiąca łamanym angielskim Murzynka, która twierdziła, że ma specjalną ofertę w hurcie, stała się łakomym kąskiem dla kilku chłopaków.

Poszło do niej chyba z sześciu, ale jeden był tak pijany, że pomylił toaletę ze zlewem i zrobiła się niezła afera. Kobieta z krzykiem wyleciała nago na ulicę. Zbiegli się ochroniarze i wtedy Macias nie wytrzymał i krzyknął: „Panowie, jedziemy z nimi!”. Ale na szczęście na tym się skończyło. Tamci wyjęli broń, pokazując nam, kto rządzi, i sytuacja się unormowała.

Część chłopaków balowała w Heinekenie, inni zwiedzali. Miasto bardzo nam się spodobało. Wielu z nas było wtedy po raz pierwszy na zachodzie Europy. Wszystko tam wydawało się jakoś piękniejsze, bardziej kolorowe niż w Polsce, miejscowi mieli inny mental. Ogólnie Amsterdam zaskoczył nas na duży plus.

O północy wsiedliśmy wykończeni w autokar i po prostu padliśmy. Obudziliśmy się dopiero pod Paryżem. Był dzień do meczu, więc mieliśmy dużo czasu. Spotykaliśmy na mieście polskich kibiców, ale nie byliśmy do siebie wrogo nastawieni, bo – jak wcześniej wspomniałem – panował pakt o nieagresji.

Mieliśmy małe spięcie z Arabami, ale bagietki Zbyszka Rybaka z prętami zbrojeniowymi spowodowały, że tubylcy zmuszeni byli do szybkiej ewakuacji.

Sam mecz i klimat to po prostu petarda! Gdy miejscowi odśpiewali słynną Marsyliankę, poczułem ciarki na plecach.

Fragment pochodzi z książki sportowej Andrzeja „Szczura” Michalaka „Jak zostałem arkowcem” z serii SQN Originals, którą zamówisz na www.labotiga.pl

Fot. prywatne archiwum autora