Wieczór przed pierwszym meczem z Cavaliers Stephen w NBA Stephen Curry spędził w domu LeBrona Jamesa. Tamto spotkanie na długo utkwiło mu w pamięci. Lider Cavs dał mu kilka wskazówek i koszulkę, o której Steph wspomniał w swoim albumie „Stephen Curry. Gotowy do rzutu„:
„W wieczór przed naszym pierwszym meczem z Cavs odwiedziłem Le Brona Jamesa w jego domu. Jest ode mnie cztery lata starszy, ale jeśli chodzi o różnicę w ligowym doświadczeniu, wynosi ona aż sześć lat. Zaledwie półtora roku wcześniej, gdy rozgrywałem swój drugi sezon w college’u, pojawił się na meczu Davidson w 1/8 finału przeciwko Wisconsin na stadionie Ford Field. Tamtego dnia ten przyszły członek Galerii Sław i być może najlepszy zawodnik w historii dał mi swoją koszulkę. Podpisał ją:
– Królowi koszykówki w Karolinie Północnej.
Powiesiłem ją w domu rodziców – tak wiele dla mnie znaczyła.
W piwnicy LeBrona znajdował się tor do kręgli. To tam poznałem jego synka, Bronny’ego, który właśnie skończył pięć lat. Już wtedy był zadziwiająco silny jak na swój wiek. Nie rozmawialiśmy o czekającym nas meczu, ale opowiedziałem mu co nieco o tym, jak mają się sprawy w Warriors. To był dzień, gdy klub wymienił Stephena Jacksona i Aciego Lawa. LeBron nie mówił wówczas wiele.
Wrócił do tematu dopiero po syrenie końcowej. Po tym, jak nas pokonali. Przystawił dłonie blisko oczu i stwierdził, że już na wczesnym etapie kariery trzeba skupić się na tym, co najważniejsze, bo nawet jeśli nie grasz w zespole, który może odnieść sukces, sam musisz odnaleźć sposób, by się rozwijać. Skoncentruj się na tym, co robisz na co dzień. Wypracuj właściwe nawyki, które dadzą ci w przyszłości triumfy, tak byś w momencie, gdy zespół stanie przed szansą, potrafił skorzystać z okazji.
Należy odsunąć od siebie wszystkie złe emocje, które pojawiają się wraz z porażkami, i skupić się na stawaniu się coraz lepszym.
Wiedziałem o tym. Wy też wiecie. Od czasu do czasu jednak potrzebujemy odrobiny takiej właśnie motywacji. Dostałem ją wtedy od niego, a teraz przekazuję ją wam. Jeśli jesteście debiutantami w zespole albo czekacie na inwestora, albo pracujecie w ekipie, która nie do końca dobrze funkcjonuje, korzystajcie z czasu, który macie. Odkryjcie, kim chcecie być, abyście w momencie, gdy nadarzy się okazja, mogli przyjąć rolę liderów.
Musisz doceniać konkurencję. Traktuj ją z szacunkiem i czymś, co nazywam stosowną obawą – w końcu chce cię dopaść. To jedyny sposób, by ją pokonać”.
Curry i LeBron rywalizowali ze sobą na parkietach NBA wiele razy, ale ich najbardziej pamiętne starcia zostały rozegrane w finałach w 2016 roku, w których James i spółka odwrócili losy rywalizacji z Golden State Warriors, drużyną która pobiła rekord 72-10 Chicago Bulls z sezonu zasadniczego 1995/1996:
„Witaj w moim koszmarze. Witaj w meczu numer 7 finałów NBA w 2016 roku.
Najpotężniejsze w moim życiu poczucie utraty kontroli nadeszło w naj gorszym możliwym momencie: w ostatniej minucie siódmego spotkania decydującego o mistrzostwie w 2016 roku.
Gdy jestem proszony o opisanie uczuć towarzyszących passie wygranych, trudno mi ująć to słowami. Mogę jednak bez problemu opowiedzieć o tym, jak czułem się w tamtej ostatniej minucie. Bezradny. Usiłowałem jakoś połączyć mój organizm z umysłem. Nie miałem pojęcia, jak to w tym konkretnym momencie zrobić, ale starałem się. To w sumie jeszcze gorzej.
Jakaś cząstka mnie zawsze będzie wracała do tamtych wydarzeń – to jeden z tych koszmarów, który nigdy całkiem nie znika.
Gramy w Oracle, 19 czerwca 2016 roku. Jest remis po 89. Właśnie fatalnie spudłowałem trójkę.
1 minuta i 9 sekund do końca meczu. Cleveland bierze czas. Po wznowieniu gry gramy z Kyriem Irvingiem jeden na jednego na dystansie. Rzuca nade mną. Trafia. Mijają kolejne sekundy. Znowu chybiam, a potem faulujemy LeBrona, który trafia jeden z dwóch rzutów wolnych. Jeszcze jedna moja desperacka próba, ale nic mi nie wpada i w tym przypadku jest tak samo. Syrena końcowa. 93:89. Cavs wrócili w finałach ze stanu 1-3 przeciwko drużynie, która pobiła rekord wygranych, a w ostatnich sekundach siódmego meczu pokonali nas na naszym własnym parkiecie. Zawsze będę doceniał poziom, na jakim zagrali Bron i Kyrie, odrabiając te straty. Numery 23 i 2 – zrobili coś wyjątkowego.
W tamtej chwili stałem przy naszej ławce i obserwowałem, jak świętują wygraną. Pogratulowałem Bronowi, Kyriemu i J.R. Smithowi. Wróciłem do szatni.
I wtedy nastała ciemność. Przeszedłem w tryb autopilota. Nie tylko tam tego wieczora. Przez całą przerwę międzysezonową. Wiem, że bardzo ciężko wtedy pracowałem, ale nie pamiętam z tego okresu kompletnie niczego.
Jaką lekcję dała mi tamta porażka? Co mogę wam powiedzieć?
Wygrywanie jest bardzo trudne.
Ludzie całkiem poważnie pytali mnie:
– Czy zespół żałuje, że parł do tych 73 wygranych? Czy to sprawiło, że zabrakło w was ognia w trakcie finałów?. Nie. To było niesamowite osiągnięcie, ale faktycznie słodko-gorzkie.
Mamy pamiątkę tego bilansu 73-9. Taką małą, która wisi w naszym ośrodku treningowym. Najbardziej samotny baner w historii tego sportu. Widnieją na nim informacja o tym osiągnięciu oraz nasze nazwiska. Czasami na niego spoglądam. Przypomina mi o finałach w 2016 roku, o porażce, ale także o tym, że wszyscy uważali rekord Bulls za niemożliwy do pobicia. A nam się udało.
Graliśmy na bardzo wysokim poziomie przez niezwykle długi czas. Utrzymaliśmy skupienie i działaliśmy na takich obrotach przez dziewięć miesięcy.
Każdy rok to inna historia, a ja się nauczyłem doceniać wszystkie z nich. Nie ponieśliśmy porażki. Zostaliśmy pokonani po zażartej walce.
To właśnie najważniejsza dla mnie lekcja z tamtego sezonu: jeśli już ktoś z tobą wygra, to chociaż niech to nastąpi po zaciekłej bitwie”.
Album o koszykówce „Stephen Curry. Gotowy do rzutu” jest dostępny na www.labotiga.pl
Fot. Erik Drost/Wikimedia Commons