Po nieudanej kadencji Wojciecha Łazarka nowym selekcjonerem reprezentacji Polski pod koniec czerwca 1989 roku został Andrzej Strejlau. Zadanie przywrócenia drużyny narodowej okazało się arcytrudne. Kadra, którą przejął po Łazarku, była rozbita po poprzednich porażkach ze Szwecją i Anglią.
Polscy piłkarze pod wodzą Strejlaua w eliminacjach do amerykańskiego mundialu ’94 trafili do grupy z Norwegią, Holandią, Anglią, Turcją i San Marino. Wyprzedzić udało się tylko te dwie ostatnie ekipy, mimo że zespół Strejlaua nieźle rozpoczął walkę o udział w turnieju finałowym mistrzostw świata. Zawodnicy z orłem na piersiach pokonali w Poznaniu 1:0 Turków, w październiku 1992 roku zremisowali 2:2 w Rotterdamie z Oranje, wygrali 1:0 z San Marino, po golu ręką Jana Furtoka, i zremisowali 1:1 w Chorzowie z Anglikami, choć mogli wygrać, ale Marek Leśniak zmarnował „setkę”, po której Dariusz Szpakowski krzyknął: „Szansa! Go… Aj, Jezus Maria!!!”.
Później było już tylko gorzej. W rewanżu na Wembley Polacy przegrali z ekipą Trzech Lwów 0:3, a potem 0:1 z Norwegią w Oslo, po czym Andrzej Strejlau zrezygnował z pełnienia funkcji selekcjonera reprezentacji Polski.
Dlaczego Łazarkowi i Strejlauowi nie udało się wprowadzić Biało-Czerwonych na mundial?
Przemyśleniami na ten temat podzielił się najsłynniejszy w ostatnich kilkudziesięciu latach polski komentator w książce „Wita państwa Dariusz Szpakowski. Autobiografia”:
„Na kartach historii wszystko, co zostawił po sobie pan Kazimierz, wygląda pięknie, trzeba jednak pamiętać, że odnosił sukcesy w bardzo trudnych czasach, kiedy władze ciągle próbowały ingerować w jego pracę. Górski nie był w PZPR, a bez tego partyjnego podkładu już samo dojście do stanowiska selekcjonera było trudne. Broniły go jednak wyniki. Po latach, gdy już przestał funkcjonować w świecie futbolu jako trener, a stał się legendą polskiej piłki, postacią wręcz mityczną, prowadziłem spotkania autorskie związane z jego książką. Podczas nich często uwidoczniała się jego wiodąca cecha: decyzyjność.
– Panie kolego, dziękuję. Panowie, koniec, wychodzimy – mówił, wstawał i opuszczał salę.
Bo to był bardzo konkretny facet – zawsze miało być tak, jak on postanowił. Doskonale wiedzieli to jego dwaj asystenci z czasów świetności kadry, Strejlau, praktyk, który przeszedł szlak bojowy z młodzieżówką, i Gmoch, inżynier, umysł analityczny. Doradzali szefowi, ale to on mówił:
– Będzie tak i tak.
Obaj zresztą pokłócili się przed laty i wciąż ze sobą nie rozmawiają. Mam wrażenie, że mogli funkcjonować wspólnie tylko w ekosystemie stworzonym przez Górskiego. Wiedzieli, że go nie przeskoczą, choć pewnie o tym marzyli. Ostatecznie obaj zostali selekcjonerami i mogli się osobiście przekonać, jak wielkie stanowi to wyzwanie.
Zarówno on, jak i drugi z asystentów Górskiego, Strejlau, wyrastali w cieniu legendy pana Kazimierza i w roli selekcjonera nigdy nie osiągnęli takich sukcesów, jak ich przełożony. Ale chodziło przede wszystkim o coś innego – nie zyskali takiej miłości rodaków. Dlaczego tłumy kochały Górskiego? Bo był jednym z nas. A ludzie czują takie rzeczy, łatwiej im się utożsamić z kimś takim. Kazimierz Górski był gościem z twojego bloku, osiedla, któremu dano do poprowadzenia kadrę i on to udźwignął. Mogłeś go spotkać na ulicy, w tramwaju, pogadać, uścisnąć rękę. Gmocha i Strejlaua kibice postrzegali zupełnie inaczej”.
Książka o dziennikarzu sportowym „Wita państwa Dariusz Szpakowski. Autobiografia” jest dostępna na www.labotiga.pl
Foto. Dariusz Szpakowski Andrzejem Strejlauem podczas mistrzostw Europy w 1992 roku; zdjęcie pochodzi z prywatnego archiwum autora