Od czasów debiutanckiego sezonu Jordana nic nie rozgrzewało go bardziej od wspaniałego nowojorskiego obiektu.

Myślał, że jego rywal był zardzewiały, po tym, jak zamienił koszykówkę na bejsbol. Później John Starks boleśnie przekonał się, że Michael Jordan nadal potrafił świetnie grać w koszykówkę, kiedy po powrocie do NBA wystąpił w meczu, który przeszedł do historii jako „double nickel game”, o czym wspomniał Roland Lazenby w książce „Michael Jordan. Życie”:

„Trenera Knicks, Pata Rileya, zaalarmowało już to, że zobaczył, jak Jordan odnajduje swój rytm podczas meczu z Hawks. Riley, jeden z najlepiej poinformowanych ludzi w świecie koszykówki, potrafił wyczuć burzę. Jordan i Falk też to wyczuwali. Michael potrzebował trzech meczów, żeby się rozgrzać przed trudnym pojedynkiem z ekipą Rileya, mającą w składzie mierzącego 195 centymetrów Johna Starksa, który w przeszłości był dobry w kryciu. Powrót Wybrańca do Gotham miał przyciągnąć przed telewizory największą liczbę widzów w historii telewizji TNT. Miasto szalało z podniecenia.

– Byki na Broadwayu, krzyczał wielki neon obok hali Garden.

Wszyscy mówili tylko o tym, że właśnie tworzy się historia. Od czasów debiutanckiego sezonu Jordana nic nie rozgrzewało go bardziej od wspaniałego nowojorskiego obiektu. To tam swoją grą ustanawiał własne kredo. Największy wówczas sukces odniósł w 1986 roku, kiedy wrócił do gry po kontuzji stopy i zdobywając 50 punktów pobił należący do zawodnika drużyny przeciwnej rekord hali.

Ta noc miała podobny klimat.

– Przybyłem z misją zdobywania punktów, powiedział potem, jakby uznał, że wypada się wytłumaczyć.

Udowodnił to już na początku meczu. W pierwszej kwarcie zaczął trafiać z dystansu, kiedy zauważył, że Starks wycofuje się pod kosz, żeby uchronić się przed jego akcjami. Pozwolił Jordanowi odnaleźć rytm, którego MJ zawsze szukał, niezależnie od tego, czy uderzał w piłkę kijem baseballowym czy kijem golfowym, czy grał w koszykówkę czy w ping ponga z Lacym Banksem. Chwycił rywali za gardło i nawet Spike Lee i inni właściciele karnetów Knicks po cichu się cieszyli. Po zakończeniu trzeciej kwarty miał na koncie 49 punktów, po czym pobił własny rekord hali Garden. Zdobywając 55 punktów, zaliczył kolejny mecz, który przeszedł do historii i doczekał się własnej nazwy: double nickel game*.

Najbardziej niesamowite było zakończenie spotkania. Rywalizacja była zacięta, ale Jordan przejął w końcowych sekundach kontrolę nad meczem. Ściągnął na siebie uwagę całej nowojorskiej defensywy, podczas gdy pod koszem rywali znalazł się niepilnowany jego nowy kolega z drużyny, Bill Wennington, gotowy do wykonania zwycięskiego slam dunku. Po meczu Riley wyglądał, jakby przez całe 48 minut obgryzał nogę od stolika sędziowskiego.

– Nie było innego zawodnika w historii koszykówki, który miałby taki wpływ na grę, przyznał.

W salonie prasowym Jordan raz jeszcze przypomniał Starksowi, że jest mistrzem trash-talkingu.

– Chyba zapomniał, jak się ze mną gra, powiedział, nie potrafiąc się pohamować.

Ten występ bardziej niż cokolwiek innego stworzył wrażenie, że Michael magicznie powrócił do koszykówki, jakby nie miał żadnej przerwy”.

John Starks nie nauczył się jeszcze wtedy, że nie warto prowokować „Jego Powietrzności”. Rzucenie Jordanowi wyzwania zazwyczaj kończyło się klęską dla przeciwnika, jak słusznie zauważył Bill Simmons w „Wielkiej księdze koszykówki”:

„Nakręcał się, reagując zbyt impulsywnie na każdą zniewagę (prawdziwą lub nie). Rick Pitino zakwestionował powagę kontuzji ścięgna u Jordana w trakcie serii Knicks – Bulls w sezonie ’89. Gorzko pożałował. Magic wyrzucili niebędącego jeszcze w pełni formy po przerwie Jordana z play-offów ’95. Pożałowali. Malone uważał, że należy mu się tytuł MVP ’97. Całe Utah pożałowało. Tak to już było. Gdy GM Bulls Jerry Krause – człowiek, którym Jordan otwarcie gardził – zachwycał się europejską gwiazdą Tonim Kukočem, Jordan i Pippen całkowicie zniszczyli Kukoča podczas igrzysk olimpijskich ’92. Przed draftem ’89 Krause był zachwycony potencjałem Majerlego, więc Jordan stłamsił Thunder Dana w Finałach ’93, a po ostatnim pudle Phoenix w szóstym meczu Finałów, gdy Byki świętowały tytuł, krzyczał: »Pi***ol się, Majerle! «. Czy Majerle wyrządził mu jakąś krzywdę? Oczywiście, że nie. Ale Jordan przekonał samego siebie, że było inaczej. Tak właśnie działał jego umysł.

Michael stał się koszykarską wersją śpiącego tygrysa. W lidze, w której roiło się od dogadywaczy, szczekaczy i gości walących się po klatach, Michael był nietykalny. Tak się przyjęło. Niepisana zasada. Nawet latem 2001 roku, gdy Jordan zarządzał drużyną Wizards, ale podobno rozważał już powrót, kilka drużyn z NBA wysłało swoich reprezentantów do Los Angeles, żeby przyjrzeć się treningom paru utalentowanych graczy z Kalifornii. Był tam i Jordan, a także pochodzący z L.A. Paul Pierce, który miał okazję spędzić z Jordanem trochę czasu, bo ten przyjaźnił się z pochodzącym z Chicago (i grającym wtedy z Pierce’em w jednej drużynie) Antoine’em Walkerem. W którymś momencie Pierce zaczął dogadywać MJ-owi:

– Lepiej nie wracaj. To teraz nasza liga. Nie chcemy cię zawstydzać.

Tego typu gadka. Jordan pokiwał z uśmiechem głową, a w końcu spytał:

– Kiedy gramy z wami pierwszy mecz? Rzucę wam 40 punktów.

Można sobie niemal wyobrazić, jak Jordan wyjmuje kartkę papieru i dopisuje Pierce’a do Listy Gości, Którym Trzeba Skopać Tyłek. Ówczesny trener Pierce’a (Jim O’Brien) usłyszał rozmowę i szybko odciągnął go na bok, mówiąc do swojej gwiazdy:

– Nigdy z nim tak nie gadaj. Słyszysz? To jest jedyny gość, któremu się nie dogaduje!

A działo się to w momencie, gdy Jordan od trzech lat był na sportowej emeryturze. Od trzech lat! Trener drużyny NBA uznawał 39-letniego byłego zawodnika za potencjalne zagrożenie, za kogoś, kogo pod żadnym pozorem nie wolno rozzłościć. Dajcie znać, gdy coś takiego znowu się przydarzy”.

Michael Jordan był bezwzględny wobec rywali, a kolegów z Chicago Bulls traktował bez taryfy ulgowej, gdyż zwyciężanie było jego nadrzędnym celem. Talent w połączeniu z etyką pracy, ambicją i mentalnością zwycięzcy sprawiły, że w latach 90. zdominował rozgrywki NBA, zdobywając sześć tytułów mistrzowskich i wznosząc się na nieosiągalny dla innych graczy poziom:

„Dlatego właśnie chce mi się śmiać, gdy słyszę, jak porównuje się do niego Wade’a, Kobego czy LeBrona. Żaden z nich nie działał tak na innych. Być może zbliżyli się do niego pod kątem fizyczności czy atletyzmu, ale w kwestii »panowania«? Nie, to nie ten poziom”.

Jego wysokie „loty” podrywały widzów w halach NBA z krzesełek, a charyzma i obsesja na punkcie wygrywania robiły różnicę na parkiecie.

Książkę sportową „Michael Jordan. Życie” i inne tytuły koszykarskie znajdziecie na www.labotiga.pl