Było to starcie pełne dramaturgii ze względu na kontuzję pleców Pippena i końcówkę, w której Michael Jordan przejął kontrolę nad wydarzeniami na parkiecie i oddał rzut, który dał Bykom szósty mistrzowski, o czym wspomniał Scottie w książce „Bez krycia”:
„Kiedy w pierwszej akcji meczu zadunkowałem, poczułem się tak, jakby ktoś wbił mi nóż w plecy. Szok po wylądowaniu na parkiecie ucisnął mi nerw. Za każdym razem, kiedy zaczynałem biec, czułem skurcz. Próbowałem to jakoś prze trzymać. Ale się nie dało. Przy naszym prowadzeniu 17:8 poszedłem do szatni na elektrostymulację i żeby się trochę porozciągać. I zostałem tam już do przerwy.
Pod moją nieobecność Jazz wykorzystali przewagę. Karl był na fali. Dzięki Bogu, na fali był też Michael, który zdobył aż 23 z naszych 45 punktów. To on utrzymywał wynik bliski remisu. Czułem się fatalnie i nie chodziło tylko o moje plecy. Byłem przekonany, że zawodzę chłopaków. Od dawna się tak nie czułem. Powiedziałem naszemu fizjoterapeucie, Chipowi Schaeferowi:
– Rób, co musisz. Po prostu zrób ze mną porządek tak szybko, jak się da. Żebym mógł wybiec na boisko.
Wróciłem na początek trzeciej kwarty. Ale na jakieś trzy minuty przed jej końcem musiałem wrócić do szatni na dalsze zabiegi. Utrzymywaliśmy niewielki dystans do Jazz, po trzeciej odsłonie spotkania przegrywaliśmy różnicą 5 punktów.
Na początku czwartej kwarty wróciłem na parkiet. Ale nie byłem sobą. Ani trochę. Nigdy nie zapomnę tej akcji we wcześniejszej fazie meczu, którą normalnie zakończyłbym slam dunkiem. A teraz prawie nie byłem w stanie oderwać się od podłogi. Nie chciałem się od niej odrywać. Bo za każdym razem, kiedy to robiłem, czułem, jak ubijam dysk, który uciskał mój nerw.
Pomyślałem sobie: Czy Jazz nie widzą, że ledwo chodzę? Jaki mecz oglądają? Po co w ogóle ktoś z nich mnie kryje? Nie byłem w stanie wejść pod kosz. Nie byłem w stanie rzucać z dystansu. Nie byłem w stanie zrobić nic poza poinformowaniem kolegów, jak mają kryć Karla. Gdyby to był jakikolwiek inny mecz – do diabła, jakikolwiek inny mecz play-offów – siedziałbym na ławce w codziennych ciuchach. Ale na niewiele ponad pięć minut przed końcem spotkania udało mi się jakimś cudem trafić z wyskoku spod kosza i zmniejszyć przewagę Jazz do 1 punktu. 77:76.
To były ważne punkty. Każde punkty zdobyte w końcówce są ważne. Ale żadne nie wydawały się ważniejsze od trójki Stocktona trafionej na 42 sekundy przed końcem, po której jego drużyna objęła prowadzenie 86:83.
Hala Delta Center eksplodowała. Przerwa na żądanie dla Bulls. Naszym celem było zdobyć szybkie punkty, żebyśmy nie musieli popełniać faulu. Trafiliśmy po niespełna pięciu sekundach, czyli całkiem szybko. Michael dostał podanie w pobliżu linii środkowej boiska, po czym minął Bryona Russella i zdobył łatwe punkty layupem.
Naszym kolejnym celem była udana akcja w obronie. I to też wydarzyło się szybko: Michael wyrwał piłkę Karlowi, który dostał podanie od Stocktona przy linii końcowej. Jazz już wcześniej rozgrywali podobne akcje i Michael uznał, że nie będą się go spodziewać w roli defensora wspierającego, który zostawia krytego przez siebie zawodnika i rusza w kierunku Karla.
Teraz potrzebowaliśmy punktów. Każdy trener wziąłby w takiej sytuacji czas. Każdy oprócz Phila Jacksona.
Phil nie chciał dać Jazz szansy na ustawienie obrony. Mijały kolejne sekundy. Znałem swoją rolę i nikt nie musiał mi mówić, co mam robić: miałem, do diabła, zejść z drogi.
W finałach w 1993 roku autorem zwycięskiego rzutu był John Paxson. W finałach w 1997 roku – Steve Kerr. Teraz nadeszła kolej Michaela. Ostatnie finały. Ostatni taniec. Ostatni rzut. Któż by inny?
Jeśli choć trochę interesujecie się sportem, wiecie, co się potem stało. Ale jeśli chcecie przeżyć to raz jeszcze, z przyjemnością wam opowiem.
Za łukiem Michael jest ściśle kryty przez Russella, Jazz podejmują decyzję, że nie będą go podwajać. Tłum kibiców podnosi się z krzeseł. Czas się zatrzymuje. Michael rusza na środek w kierunku kosza, po czym nagle się zatrzymuje. Russell się potyka. Michael wyskakuje w powietrze. Rzuca z odległości pięciu i pół metra. Piłka wpada prosto do kosza. Bulls obejmują prowadzenie 87:86. Jazz proszą o czas na 5,2 sekundy przed końcem. W hali Delta Center jeszcze nigdy nie było tak cicho. Słychać każdy szmer.
Piłka trafia do Stocktona, który pudłuje z dystansu. Końcowa syrena. Koniec. Mecz. Seria. Dynastia.
Kiedy zaczęło się świętowanie, byłem oszołomiony, towarzyszyło mi zbyt wiele uczuć naraz. Radość ze zdobycia kolejnego tytułu mistrzowskiego. Wyczerpanie po tym, jak moje ciało przeszło przez piekło. Smutek, że kończy się coś, czego być może już nigdy nikt nie zobaczy.
Dzięki Bogu, że wygraliśmy szósty mecz. Bo w spotkaniu numer 7 nie byłbym w stanie zagrać. Zanim się zorientowaliśmy, weszliśmy razem z chłopakami na scenę w Grant Parku, a kibice byli bardziej rozentuzjazmowani niż kiedykolwiek wcześniej.
– Jeszcze jeden rok! – krzyczeli”.
Książka „Scottie Pippen. Bez krycia” i inne tytuły koszykarskie związane z Chicago Bulls, m.in. „Chicago Bulls. Krew na rogach”, „Michael Jordan. Życie” czy „Jumpman. Jak Michael Jordan stał się globalną ikoną” są dostępne na www.labotiga.pl