Przez kilkanaście lat dźwigał na swoich barkach grę drużyny New York Knicks, która pragnęła nawiązać do sukcesów swoich wielkich poprzedników z lat 70.
Patrick Ewing doprowadził zespół Knicks do finałów w 1994 roku, w których musiał uznać wyższość Houston Rockets Hakeema Olajuwona. Później już nigdy nie zagrał w finałach, gdyż w 1999 roku wyeliminowała go z nich kontuzja, której nabawił się we wcześniejszych starciach z Indianą Pacers.
Należący do grona najlepszych centrów w dziejach NBA Ewing, który dziś obchodzi 64. urodziny, nie zdołał sięgnąć po upragniony pierścień. Na przeszkodzie wiele razy stanął mu Michael Jordan z Chicago Bulls, który miał zupełnie inne podejście do rywalizacji niż „Big Pat”, o czym wspomnieli Sam Smith i Phil Jackson w książce „Mistrzowie gry. Historia NBA w 75 opowieściach o legendarnych zawodnikach”
Fragment książki sportowej o NBA „Mistrzowie gry” dostępnej na www.labotiga.pl:
Patrick Ewing, podobnie jak David Robinson, miał być następnym Billem Russellem. Gdy jednak nie masz obok siebie Cousy’ego, Sharmana, Jonesów, Heinsohna i Havlicka, nie wspominając o Satchu Sandersie, Franku Ramseyu czy Donie Nelsonie, to cóż – robisz w ataku, co możesz. Tak było z Davidem Robinsonem, który wreszcie doczekał się mistrzostwa NBA, gdy w klubie pojawił się Tim Duncan. Patrick Ewing musiał walczyć z takimi graczami u boku jak John Starks, Anthony Mason, Charles Smith, Charles Oakley, Charlie Ward i wielu innych. To wszystko znakomici koszykarze, ale żaden z nich nie był w stanie zapewnić Ewingowi komfortu bycia drugim najlepszym graczem w drużynie lub należycie wesprzeć go w byciu nieustraszoną jedynką Knicks. Niech was nie zmyli jego groźny wygląd.
Patrick był niczym pluszowy miś. To wielki chłop o dobrym sercu, zahartowany przez nowojorski świat koszykówki. Willis Reed był znacznie bardziej ceniony, choć nie musiał robić tak wiele. Na pewno pomogło mu to, że miał u boku Fraziera, Barnetta/Monroe, Bradleya i DeBusschere’a. I absolutnie nie można umniejszać zasług tamtej ekipy, ale to tylko pokazuje, ile robił Patrick Ewing i jak wiele musiał poświęcić, by Knicks dotarli tak daleko.
W trakcie jego 15 lat w tym zespole nie zdołali zdobyć mistrzostwa, ale to on sprawił, że w tym okresie liczyli się w lidze bardziej niż kiedykolwiek we współczesnej historii NBA, z wyjątkiem krótkiego okresu magii w latach 70. Trafił także na ostatnie wielkie sezony Celtics pod wodzą Birda oraz na Bad Boys, którym przewodził Isiah. Obie ekipy grały jeszcze twardziej niż Knicks. W dodatku trwała era Michaela, który pozbawił szansy na zdobycie najważniejszego trofeum tak wielu spośród omawianych tu 75 graczy – Barkleya, Malone’a, Millera czy Stocktona. Może i Starks oraz Mason wyglądali groźnie, ale to nie wystarczyło.
Ewing miał oczywiście swoje znakomite momenty i zaskakująco często wiązały się one z jego rzutem z wyskoku. Nikt by się tego nie spodziewał, gdy Nowojorczycy wybierali go z pierwszym numerem po tym, jak zwyciężyli w 1985 roku w pierwszej loterii draftowej. Niemal natychmiast musiał poddać się operacji kolana przez problemy, które trapiły go później także przez całą jego karierę i wymagały kolejnych zabiegów. W pamięci zbiorowej na pewno został obraz Ewinga z obwiązanymi kolanami, obłożonymi lodem. Nigdy jednak nie narzekał. Mimo kontuzji zaliczał znakomite występy, takie jak ten, gdy przedłużył serię przeciwko Bulls w półfinałach konferencji 1992 roku do siedmiu spotkań.
To jeden z zaledwie dwóch przypadków przy okazji sześciu mistrzowskich tytułów Jordana i Byków, gdy byli zmuszeni grać siedem spotkań w serii play-offów. Knicks pod wodzą Ewinga mieli Bulls na widelcu w 1993 roku, ale Charles Smith nie był w stanie wykończyć akcji layupem. Byli też bliscy wyeliminowania Rockets rok później, ale John Starks pudłował rzut za rzutem. Ewing był na dobrej drodze do ponownej gry w finałach w 1995 roku, lecz jego floater w decydującym meczu przeciwko Indianie zakręcił się na obręczy i nie wpadł do kosza. Być może udałoby się w 1997 roku, gdyby nie bijatyka z Miami Heat.
11 razy występował w Meczu Gwiazd, trzykrotnie trafiał do drużyn All-Defense i mimo tych wszystkich problemów z kolanami w sześciu kolejnych sezonach pojawiał się na parkiecie minimum 80 razy, a kolejnych czterech przynajmniej 76 razy. W okresie dziesięciu lat łącznie opuścił 20 meczów, a mowa o latach, gdy codziennie przechodził wielogodzinną rehabilitację, by w ogóle móc wyjść na boisko. Tak wiele razy był o krok od sukcesu.
Phil Jackson: Willis zawsze mówił mi, że nie mógł zrozumieć, czemu Riley nie wstawił do gry Blackmana, gdy Starks w siódmym meczu serii trafił chyba 2 rzuty na 18. Jak to w ogóle możliwe? Starks był wówczas ulubieńcem kibiców, podobnie jak Oakley. Wszystko im wybaczano. To była szansa na mistrzostwo dla tamtego pokolenia graczy. Już rok wcześniej mogliby wygrać, ale Smith nie był w stanie trafić tamtego kluczowego rzutu. W 1993 roku mieliśmy sporo szczęścia. Może rok wcześniej też.
Sam Smith: Podczas tamtej serii w 1993 roku, gdy Smith nie trafił, zdałem sobie z czegoś sprawę, jeśli chodzi o Ewinga i ogólnie różnicę między wielkimi gwiazdami i tymi absolutnie największymi. Knicks wygrali dwa pierwsze mecze w Nowym Jorku – nie mieliście przewagi parkietu, Michael był jakby przygaszony, do tego ten wsad Starksa w drugim starciu. Walka przenosi się do Chicago, a Ewing stwierdził, że wystarczy, aby wygrali tam jeden mecz. Michael nigdy by tak nie powiedział.
Nawet wobec stanu 0-2 stwierdziłby, że muszą wygrać kolejne cztery starcia. Ci absolutnie najwybitniejsi spodziewali się zwycięstwa w każdym spotkaniu i byli zszokowani, gdy było inaczej. Patrick Ewing był znacznie normalniejszy od Michaela, ale fani nie tego oczekiwali. Seria z 1992 roku była kluczowa. McDaniel nie dawał .żyć Pippenowi i Jordan stanął w jego obronie.
Phil Jackson: Dlatego zawsze wpajałem moim drużynom, że w pierwszych rundach trzeba dążyć do wygranej do zera. Porażka na wczesnym etapie play-offów może namieszać w głowie. Ryzykujesz urazy, zmęczenie. Tak było w 1992 roku. Pippen skręcił kostkę i od drugiego do piątego meczu miał poważne problemy z poruszaniem się, więc tamci wsiedli mocniej na Michaela.
Ten stanął w obronie Pippena, gdy X się na niego uwziął. Musieliśmy grać z nimi aż siedem meczów. Gdy pojawiłem się na parkietach NBA, nie można było podwajać. Zawsze musiałeś być blisko swojego gracza. Jak byłeś dość blisko drugiego rywala, mogłeś próbować wybijać mu piłkę w trakcie dryblingu. W obronie uczono nas gry jeden na jednego, tak się wtedy grało.
Książkę zamówisz na www.labotiga.pl