Biała Gwiazda pod wodzą Henryka Kasperczaka była o krok od sięgnięcia po trofeum, ale na ostatniej prostej samobój Mariusza Jopa sprawił, że ostatecznie to piłkarze Kolejorza cieszyli się ze zdobycia mistrzostwa Polski

Końcówka sezonu 2009/2010 piłkarskiej Ekstraklasy przeszła do historii polskiego futbolu. Wówczas walkę o tytuł Wisła Kraków toczyła z Lechem Poznań. Biała Gwiazda pod wodzą Henryka Kasperczaka była o krok od sięgnięcia po trofeum, ale na ostatniej prostej samobój Mariusza Jopa sprawił, że ostatecznie to piłkarze Kolejorza cieszyli się ze zdobycia mistrzostwa Polski, o czym wspomniał Mateusz Miga w książce o piłce nożnej „Wisła Kraków. Sen o potędze”:

„Klamka zamykająca sezon zapadła w maju. Trenerem Wisły był już Henryk Kasperczak, ale od 2002 roku, gdy przejmował zespół po raz pierwszy, wiele się zmieniło. Wtedy przychodził jako trener zwycięzca, teraz wracał jako trener przegrany. Nie wyszło mu z reprezentacją Senegalu. Awansował do Pucharu Narodów Afryki, obiecywał finał, ale po dwóch pierwszych meczach fazy grupowej, gdy szanse na awans były bliskie zeru, złożył rezygnację. Potem rozczarował w Górniku Zabrze. We wzmocnienia wpompowano pięć milionów, a sezon skończył się spadkiem z ekstraklasy. Powrót do Wisły był ogromnym zaskoczeniem. Nim otrzymał pracę, musiał się pokajać.

– Chciałbym przeprosić właściciela za wcześniejsze słabości – mówił na konferencji prasowej.

Brzmiało to, jakby czytał z kartki. Wrócił do zupełnie innej Wisły – z drużyny, z którą podbijał Europę, pozostali tylko Arkadiusz Głowacki i Mariusz Jop, po sezonie dołączył do nich Maciej Żurawski. Nikt z nich nie zmienił się jednak tak jak Kasperczak.

– Trzeba przyznać, że trener trochę się postarzał. Myślał chyba, że wraca do tej samej drużyny, a przecież wiele się zmieniło, mówi Żurawski.

Zawodnicy coraz częściej patrzyli na niego z politowaniem. Na zgrupowaniu w Zakopanem mieli wykonywać stumetrowe biegi. Andrzej Bahr odmierzył odległość i ustawił pachołki, ale Kasperczak tylko się skrzywił.

– To za dużo odmierzyłeś! – krzyknął i sam, za pomocą kroków, ustalił odległość. Wyszło jakieś 80 metrów, co oczywiście niezmiernie ucieszyło zawodników.

Kasperczak objął drużynę, gdy ta z niewielką przewagą, ale jednak zajmowała pierwsze miejsce w tabeli ekstraklasy. Efekt nowej miotły zaowocował czterema zwycięstwami z rzędu, potem wiślacy osobiście – wygrywając w Warszawie 3:0 – z walki o tytuł mistrzowski odstrzelili Legię. W boju zostali tylko oni i Lech.

Do 90. minuty meczu przedostatniej kolejki Wisła prowadziła w derbach z Cracovią 1:0, a Lech remisował w Chorzowie z Ruchem 1:1. Gdyby tak skończyły się oba mecze, drużyna Kasperczaka miałaby trzy punkty przewagi i niemal pewne mistrzostwo. Stało się jednak inaczej.

Przed spotkaniem Kasperczak długo zastanawiał się, kim zastąpić Pablo Álvareza. Do wyboru miał Petera Šinglára i Mariusza Jopa. Meczem z Levadią Jop raz jeszcze podpadł Cupiałowi, Maciej Skorża (a potem Kasperczak) usłyszał, by stawiać na niego tylko z konieczności, a jednak w derbach zagrał właśnie on. Ulubiony kozioł ofiarny. Bez względu na to, że w sezonie 2002/03 był mocnym punktem świetnej defensywy, pamiętano mu tylko wpadki, jak samobójczą bramkę w meczu z Lazio. Albo jak dwa gole strzelone Wiśle, gdy był wypożyczony do Widzewa.

Jeśli w derbach z Cracovią ktoś miał strzelić »swojaka«, musiało paść na niego. Samospełniająca się przepowiednia.

Losy rywalizacji o tytuł mistrzowski odmieniły się w jednym momencie, niemal w tej samej chwili padły bramki w Chorzowie i Krakowie. Najpierw na stadionie Hutnika – w doliczonym czasie gry Aleksandr Suworow dośrodkował, potem stało się nieuniknione – piłka odbiła się od głowy Jopa, przelobowała Marcina Juszczyka i ku rozpaczy wiślaków wpadła do bramki. Jop natychmiast zbladł, bezwładnie osunął się na murawę, ścięty z nóg, jakby nieprzytomny, pozbawiony resztek energii. Kibice Cracovii oszaleli z radości – remis dawał im utrzymanie. Sekundy później ich radość przemieniła się w dziką euforię, bo w Chorzowie gola na 2:1 zdobył Lech. Kibice Kolejorza zażądali dla Jopa uznania go »santo subito«, czyli »świętym od zaraz«.

Wisła liderowała niemal cały sezon, by w przedostatniej kolejce stracić wszystko. Jeśli piłka nożna jest kochanką, to tego wieczoru wyszła w miasto i wróciła dopiero rano – pijana i rozczochrana.

Złość kibiców skupiła się na Jopie, ale w drużynie królowało inne spojrzenie na tę sytuację. Jop był niezwykle lubiany przez kolegów. Piłkarze byli za to wściekli na Andraža Kirma. To po jego bezmyślnym zagraniu ręką sędzia podyktował rzut wolny, a potem stało się to, co się stało. Zamknięty w sobie Słoweniec nie cieszył się w szatni przesadną sympatią”.

Książka sportowa o piłce nożnej „Wisła Kraków. Sen o potędze” ukazała się w serii SQN Originals i jest dostępna w księgarni sportowej www.labotiga.pl

Kariery Mariusza Jopa nie można sprowadzić jedynie do tamtego gola samobójczego. Wychowanek KSZO Ostrowiec Świętokrzyski występował w Wiśle, która zrobiła furorę w Pucharze UEFA w sezonie 2002/2003 i był reprezentantem Polski – zagrał na niemieckim mundialu w 2006 roku i Euro 2008.

Po zawieszeniu butów na kołku zajął się trenerką. W 2024 został pierwszym szkoleniowcem Białej Gwiazdy. Dwa lata później wiślacy pod jego wodzą wrócili do Ekstraklasy.

Foto: Zmphotos/Wikimedia Commons/Creative Commons CC0 1.0 Universal Public Domain Dedication