Kazimierz Deyna marzył o wielkiej piłce, ale droga ze Starogardu Gdańskiego na futbolowe salony wcale nie była prosta. Dyskwalifikacja, ukrywanie przed żandarmerią wojskową i niespodziewany transfer do Legii Warszawa. Początki jego kariery obfitowały w zaskakujące wydarzenia.
Deyna przy Łazienkowskiej szybko wyrósł na gwiazdę, a jego nieprzeciętna technika, inteligencja i fantastyczne strzały zachwycały kibiców legionistów. Przez 12 lat stał się żywą legendą stolicy, choć jego pożegnanie z polską piłką nie wyglądało tak, jak sobie wymarzył, o czym wspomniał Stefan Szczepłek, autor książki „Legia Warszawa. 110 lat emocji”, która jest dostępna na www.labotiga.pl
Fragment książki:
Przyjechał do Warszawy jako 19-letni chłopak z prowincji. Wyjeżdżał 12 lat później jako jedna z najpopularniejszych postaci stolicy dużego kraju w centrum Europy. Kazik Deyna pokonał znacznie dłuższą drogę niż blisko 400 kilometrów dzielących Starogard Gdański od Warszawy. Robotniczy dom, dziewięcioro rodzeństwa, ciężka praca rodziców, żeby wszystkich wyżywić. Do tego szarość lat 50., która nie sprzyjała marzeniom. Nie warto przykładać się do nauki, bo i tak „czy się stoi, czy się leży…”, nie warto uczyć się języków, skoro nie można wyjechać za granicę.
Młody Deyna miał jednak swoje marzenia. Chciał zostać najlepszym piłkarzem, więc od rana do wieczora kopał piłkę, a przed snem modlił się do wiszącego nad łóżkiem zdjęcia Portugalczyka Eusébio, wierząc, że kiedyś będzie grał jak on.
Uczył się w szkole zawodowej, po której mógł zostać wykwalifikowanym pracownikiem fabryki obuwia lub elektrykiem. Takie miał perspektywy, trudne do zaakceptowania dla kogoś, komu śniły się wielkie stadiony w metropoliach świata.
Żył w środowisku, w którym wszyscy byli wobec siebie życzliwi i uczciwi, więc w młodości nie mieściło mu się w głowie, że ktoś mógłby go wykorzystać. Cnotę naiwności stracił jednak dość szybko, kiedy opinia o jego talencie dotarła do Trójmiasta. Jako zawodnik Włókniarza Starogard nieświadomie podpisał podsunięte mu zgłoszenie do Arki Gdynia (wtedy noszącej nazwę MZKS). A że nie można było reprezentować dwóch klubów jednocześnie, został zdyskwalifikowany. Kiedy w styczniu 1966 roku wyjeżdżał ze Starogardu Gdańskiego do Łodzi, jego nowy klub, pierwszoligowy ŁKS, nie wiedział, że kupuje zawodnika, który nie może grać.
Do tego problemu doszedł drugi: o niespełna 19-letniego zawodnika upomniało się wojsko. Wieść o jego talencie dotarła już do Zawiszy Bydgoszcz i Legii, które chciały go w swoich szeregach. ŁKS ukrywał więc przez kilka miesięcy młodego piłkarza przed żandarmerią wojskową. Taka sytuacja nie mogła jednak trwać wiecznie, więc kiedy zawieszenie się skończyło i Deyna wreszcie wybiegł na boisko w koszulce ŁKS-u, natychmiast otrzymał wezwanie do jednostki w stolicy. W ten sposób jesienią 1966 roku został żołnierzem Ludowego Wojska Polskiego, a po przysiędze wojskowej 20 listopada 1966 roku pierwszy raz wybiegł na boisko w koszulce Legii – stało się to w meczu z Ruchem Chorzów przy Łazienkowskiej.
Proces jego aklimatyzacji w żarzącej się światłami Warszawie przebiegał łagodnie. Przede wszystkim miał szczęście do trenerów. W Starogardzie Gdańskim dbał o niego Henryk Piotrowski, w Legii – Czech Jaroslav Vejvoda, a w reprezentacji Kazimierz Górski. Vejvoda na Łazienkowskiej zastępował mu ojca. Nagradzał go i karcił, kazał przyciąć baki, mówił podopiecznemu, co ten powinien jeść i o której chodzić spać. Przede wszystkim jednak zmienił mu pozycję na boisku: do Warszawy Deyna przyjeżdżał jako napastnik, lecz po paru tygodniach wspólnych treningów trener uznał, że młody piłkarz ma cechy pomocnika. Przestawienie go z pierwszej do drugiej linii miało decydujący wpływ na grę i sukcesy Legii, a potem także reprezentacji.
W klubie szybko się zorientowano, że Deyna (jego nazwisko jeszcze długo dziennikarze pisali nieprawidłowo – Dejna) nie jest kolejnym zdolnym graczem powołanym do wojska, lecz kimś wyjątkowym. Starano się mu więc pomóc, a nie utrącić jako konkurenta do miejsca w zespole. Edukacją Kazika na boisku zajął się Jacek Gmoch. Po treningach zostawali, żeby rozgrywać mecze jeden na jednego na całym boisku, mając za plecami tylko bramkarzy. Przez godzinę ćwiczyli w ten sposób kondycję, taktykę, szybkość i technikę. Inni – Janusz Żmijewski, Władysław Stachurski – pokazywali Deynie miasto z jego kawiarniami, knajpami i torem wyścigów konnych na Służewcu. Im większą sławą cieszył się pomocnik, tym więcej było chętnych do ogrzania się w jego blasku. Zrozumiał, że z aspiranta przeobraził się w kogoś ważnego, z kim ludzie chcą się pokazać, napić, przejść ulicą lub zrobić wspólne zdjęcie. Nigdy mu z tego powodu nie odbiło. Pozostał skromnym człowiekiem, cieszył się sukcesem, którego był świadomy, jednak największą przyjemność czerpał z samej gry. Dawał ludziom radość – jak artysta, na którego występ nie można się doczekać.
Kibice polubili go za to, co pokazywał na boisku. Bo Kazik bawił się grą. Nie był typem brazylijskiego żonglera, który z piłką przy nodze mija slalomem kolejnych przeciwników. Był wysoki, wyprostowany, elegancki, do tego na boisku nigdy nie przestawał myśleć, bez względu na to, kto akurat był przy piłce – on, jego drużyna czy przeciwnik. A kiedy do niego trafiała, robił przed przyjęciem charakterystyczny balans ciałem, który później mogliśmy obserwować u Zinédine’a Zidane’a. Pomagało mu to uwolnić się od przeciwnika i zapobiegało atakom, które mogłyby skutkować kontuzją.
Miał niezwykłą wyobraźnię. Potrafił przewidzieć kilka ruchów przeciwnika naprzód, wiedział, do kogo podać piłkę, żeby zespół miał z tego jak największą korzyść. Robert Gadocha wspominał, że kiedy widział Kazia z piłką, wiedział, gdzie ma biec, i miał pewność, że nie musi ani zwalniać, ani przyspieszać, bo i tak dostanie idealne podanie.
Kolejną specjalnością Deyny były strzały. Uderzał każdą częścią stopy, podkręcając piłkę w sposób dla innych nieosiągalny. Było w tym coś z „trylu diabelskiego” na skrzypcach Niccolò Paganiniego. Każdy próbował, a tylko on umiał. Deyna uczył się takich strzałów sam, bo nie miał żadnych wzorców. Robił to intuicyjnie. Opowiadał, że najwięcej zaczerpnął od Brazylijczyków podczas meczu reprezentacji na Stadionie Dziesięciolecia w czerwcu 1968 roku.
Miał pewną tajemnicę. Każdy piłkarz wie, że „bramkarz przyciąga”, czym tłumaczy się sytuacje, w których zawodnik, mając przed sobą tylko golkipera, trafia w niego, a nie w róg. Deyna celował więc w słupki, a jako człowiek z poczuciem humoru uzasadniał to następująco: „Celuję w słupek, ale rzadko w niego trafiam. Jeśli piłka przelatuje obok i leci w aut, kibice wzdychają: dobrze chciał, ale miał pecha. Kiedy wpada do bramki, słyszę: geniusz. A tylko ja wiem, ile jest w tym przypadku. Tyle że gdybym takich strzałów nie ćwiczył, to prawdopodobieństwo strzelenia gola byłoby mniejsze”.
Kazimierz Deyna był człowiekiem spokojnym, ale wrażliwym. Bardzo przeżył chamskie zachowanie widowni i gwizdy, jakie usłyszał na Stadionie Śląskim w chwili, kiedy zdobył z rzutu rożnego bramkę dającą Polsce awans na mundial w 1978 roku. Od tej pory stracił zapał, a niewykorzystany karny z Argentyną pogłębił jego frustrację.
Chciał zmienić otoczenie, tym bardziej że ze sportowego punktu widzenia był to dla niego już ostatni dzwonek. Opuścił Warszawę 7 listopada, jak Chopin, z mocnym postanowieniem, że jeszcze wróci do stolicy, bo w mieście tym spędził 12 najlepszych lat swojego życia.
Wrócił, ale dopiero 5 czerwca 2012 roku – w urnie. Nazajutrz odbyło się nabożeństwo żałobne w Katedrze Polowej Wojska Polskiego i pogrzeb na wojskowych Powązkach (Aleja Zasłużonych, kwatera C31, tuje – 20).
Tego samego dnia, 6 czerwca 2012 roku, na dwa dni przed rozpoczęciem na Stadionie Narodowym mistrzostw Europy, obok Stadionu Wojska Polskiego odsłonięto pomnik Kazimierza Deyny. 15 stycznia 2026 roku otwarto w Starogardzie Gdańskim muzeum Kazimierza Deyny. Pierwsze muzeum w kraju poświęcone jednemu sportowcowi i zbudowane od fundamentów.
Foto: EricKoch/Anefo/Holenderskie Archiwum Narodowe/Wikimedia Commons/ CC-BY-SA-3.0-NL