„Coś się niewątpliwie zamknęło…”
Te słowa Włodzimierza Szaranowicza, które przed laty żegnały Adama Małysza, dziś znów odbijają się echem w naszych sercach. Kamil Stoch kończy karierę. To zdanie, którego żaden polski kibic nie chciał usłyszeć, stało się faktem. Przez lata siadaliśmy do transmisji ze skoków jak do ulubionej telenoweli. Kamil nie był dla nas tylko sportowcem. Stał się domownikiem, powodem do dumy i symbolem tego, że rzetelnością i spokojem można zdobyć świat.
Pamiętacie te mroźne, zimowe popołudnia? Ten dreszcz emocji, gdy na belce siadał chłopak z Zębu? To był nasz fenomen socjologiczny. Dzięki Kamilowi żyliśmy życiem zastępczym – pełnym sukcesów, mazurków Dąbrowskiego i wielkiej, zbiorowej radości. On dawał nam nadzieję, że można wygrywać bez układów, będąc po prostu solidnym człowiekiem.
Włodzimierz Szaranowicz w swojej poruszającej książce „Życie z pasją” opisuje tę niezwykłą, niemal metafizyczną więź, jaka łączyła komentatora ze skoczkiem. Autor wspomina tam:
„Wiedzieliśmy też, że mamy do siebie przyjazny stosunek: że ja nigdy ich nie skrzywdzę, a oni będą starali się skakać dla siebie i dla widowni – a przy okazji dla mnie – jak najlepiej. I w ten sposób stworzymy widowisko, na które wszyscy czekają”.
I to widowisko trwało przez dekady. Kamil Stoch przejął pałeczkę od Adama Małysza w sposób mistrzowski. Miał przed sobą najtrudniejsze zadanie – wejść w buty legendy. Zrobił to jednak na własnych warunkach, z ogromną klasą i pokorą. Jak czytamy w „Życiu z pasją”:
„Kamil nie jest drugim Małyszem, tylko sobą – wielkim mistrzem, który poradził sobie ze sławą wspaniałego poprzednika”.
To właśnie ta autentyczność sprawiła, że pokochaliśmy go tak mocno. Kamil nie kopiował. On tworzył własną historię. Pamiętamy Soczi i dwa złote medale, które rozgrzały Polskę do czerwoności. Pamiętamy Pjongczang i ten niesamowity lot po trzecie złoto. Pamiętamy też te chwile, gdy po ludzku mu nie szło, a on i tak potrafił z szacunkiem ukłonić się rywalom. To właśnie definiuje mistrza formatu, o którym pisze Szaranowicz.
Dla nas, kibiców, te lata to był czas wielkich wiadomości i jeszcze większych nadziei. Kamil Stoch był ambasadorem naszych marzeń. Pokazał nam, że chłopak z gór może zostać królem przestworzy. Był posłańcem rzetelności. Każdy jego skok był jak list wysłany do milionów Polaków – list o tym, że pasja i ciężka praca zawsze mają sens.
Dziś, gdy Kamil odpina narty po raz ostatni, czujemy nostalgię. Ale czujemy też ogromną wdzięczność. Warto dziś wrócić do wspomnień, które zebrał Włodzimierz Szaranowicz. W książce „Życie z pasją” legendarny komentator przyznaje otwarcie:
„Dzięki nim wszystkim przedłużyłem sobie złote chwile przed mikrofonem”.
My, fani przed ekranami – krzycząc, skacząc, płacząc ze wzruszenia – też przedłużaliśmy sobie te złote chwile. Dzięki Kamilowi nasza zima zawsze miała kolory biało-czerwone.
Kamilu, dziękujemy Ci za to, że byłeś. Za każdy telemark, za każdy uśmiech pod skocznią i za te wszystkie emocje, których nie da się kupić. Było po prostu pięknie. Mamy nadzieję, że to, co zbudowałeś, zostanie w polskim sporcie na bardzo, bardzo długo. Że ta młodzież, która Cię podglądała, uwierzy, że niemożliwe nie istnieje.
To był zaszczyt towarzyszyć Ci w tej podróży. Coś się kończy, ale legenda Stocha będzie trwać wiecznie – w naszych wspomnieniach i na kartach historii sportu.
Dziękujemy Ci bardzo, Kamilu. Do zobaczenia na szlaku pasji!
Jeśli chcecie na nowo przeżyć te złote chwile i zrozumieć fenomen polskich skoków oczami człowieka, który był najbliżej tych wydarzeń, koniecznie sięgnijcie po książkę Włodzimierza Szaranowicza „Życie z pasją”. Książka sportowa dostępna w księgarni www.labotiga.pl
To pozycja obowiązkowa dla każdego, komu serce bije szybciej na dźwięk hymnu na podium.
Fot. Hanna Hautamäki Schlieri/Wikimedia Commons