Andres Iniesta miał duży udział w wywalczeniu przez Barcelonę trofeum Ligi Mistrzów w sezonie 2008/2009

Andrés Iniesta miał duży udział w wywalczeniu przez Barcelonę trofeum Ligi Mistrzów w sezonie 2008/2009. Jego gol w samej końcówce rewanżowego półfinału z Chelsea na Stamford Bridge dał drużynie Pepa Guardioli awans do finału.

Pomocnik z bladą twarzą wrócił myślami do starcia z Chelsea i tego, co później wydarzyło się w jego życiu:

„Przed meczem czułem się dobrze. Grałem na wysokim poziomie i oczywiście drużyna też funkcjonowała bardzo dobrze. Na murawie mocno cierpieliśmy, aż padł ten gol. Niezapomniany. Strzeliłem całą swoją duszą. Ale zaraz potem przyszły problemy. Dużo problemów. Nawet nie mogłem sobie tego wyobrazić”.

Po wyeliminowaniu Niebieskich w kontrowersyjnych okolicznościach, ograniu 2:0 Manchesteru United sir Alexa Fergusona w finale na Stadio Olimpico i wyleczeniu kontuzji, Hiszpan musiał zmierzyć się z najgroźniejszym rywalem, który zaatakował go nieoczekiwanie, o czym wspomniał w książce „Andres Iniesta. Głowa też gra”:

„Nie znasz przyczyny, ale czujesz się źle. Jednego dnia, drugiego. Nie ma poprawy. Robią ci masę badań i nic nie wskazuje na to, żeby był jakiś problem, ale mimo to nie jest z tobą dobrze. Ciągle rozmyślasz o tej sytuacji, która jest dla ciebie całkowicie nowa. Nic nie jest takie proste, jak się wydaje. Wszyscy mamy prawo do złego samopoczucia. Najważniejsze jest to, że powinniśmy się z tym pogodzić, nawet jeśli potrzebujemy dużo czasu. Bez względu na to, jak bardzo chcesz, nie sądzę, żeby dało się skrócić ten okres niemocy. Wtedy byłem tylko Andrésem. Nie mogłem być Iniestą, niezależnie od tego, ile razy mnie o to proszono. Nadszedł taki moment, że czułem się pusty. Nie miałem niczego w środku. Doświadczałem czegoś dziwnego. To poczucie, że nadal muszę być Iniestą, obligowało mnie do tego, by krok po kroku iść przed siebie, ale byłem przekonany, że muszę to robić bez względu na wszystko. Rozumiałem, że powinienem jechać na trening, chociaż czasami wychodziłem na boisko, spędzałem tam kwadrans, po czym wracałem do domu. Nikt w drużynie nie wiedział. Tylko Pep, Inma, moja psycholożka, Emili, mój fizjoterapeuta, i nikt więcej. W domu wiedzieli, że coś się ze mną dzieje, ale na zewnątrz nikt nie miał o niczym pojęcia.

Właśnie z tym najtrudniej było sobie radzić. To tak, jakbym wiódł podwójne życie. Jedno anonimowe i mroczne, a drugie, poza własnymi czterema ścianami, publiczne i rzekomo szczęśliwe. Miałem świadomość, że ta krótka chwila spędzona na treningu mi pomagała. Przeżywałem to wszystko jako powolny proces i sprawiało mi to wiele problemów. Kiedy przebywałem poza domem, było tak, jakbym okłamywał innych. Oni o niczym nie wiedzieli. I nie powinni wiedzieć. Dlatego unikałem pewnych sytuacji, w których czułem się niezręcznie, zarówno przez to, że się w nich znajdowałem, jak i z powodu wrażenia, że nie jestem sobą.

Żyłem w tej permanentnej sprzeczności. No i ludzie doceniają cię za to, kim jesteś, i za to, co pokazujesz na boisku, tak naprawdę nie wiedząc, co przeżywasz w środku. Nie wiedzą tego – i wcale nie muszą wiedzieć. Zdarzały się dni, kiedy koledzy zostawali na boisku i trenowali dalej, a ja szedłem do szatni. Wchodziłem pod prysznic i płakałem. Płakałem, kiedy nikt nie patrzył”.

Iniesta potrzebował kogoś, kto pomoże mu uporać się z problemami osobistymi. Piłkarz znalazł taką osobę w postaci Inmy Puig, która opisała spotkania z gwiazdorem Barcelony w swoim gabinecie:

„Nie miałam pojęcia, że jest na dole, w lobby, i czeka na godzinę swojej wizyty. Przychodził pięć albo dziesięć minut wcześniej, bo potrzebował opowiedzieć o wszystkim, co się z nim działo. Dowiedziałam się o tym dopiero wtedy, gdy wyjawił to w swojej autobiografii »Artysta futbolu. Gra mojego życia«. Przeczytałam, że nie mógł się doczekać pory swojej sesji, że z czasem nasze spotkania stały się dla niego czymś wyjątkowym. Szybko uzmysłowił sobie, że pomogę mu zrozumieć jego sytuację.

Andrés przez lata, łącznie z dzieciństwem, kiedy opuścił rodzinne miasteczko i przeprowadził się do Barcelony, gromadził w sobie te wszystkie emocje, aż nadszedł moment największego szczęścia: gol strzelony w meczu z Chelsea na Stamford Bridge. Trwający latami proces kumulacyjny przyczynił się do tego epizodu depresyjnego, rzecz jasna w połączeniu ze śmiercią Daniego Jarque. Umiera jego przyjaciel i to się na nim ostatecznie odbija – to kolejna żałoba, z którą musi sobie poradzić i jednocześnie grać w piłkę. Czyli nie mając spokoju i skupienia. Nie miał własnej przestrzeni fizycznej ani emocjonalnej, żeby się tym zająć. Ponadto Andrés jest człowiekiem upartym i wytrwałym, robi wszystko, co możliwe, żeby osiągnąć swoje cele. Powiedział, że cokolwiek by się działo, zagra w tamtym finale, w niebywały sposób skracając okres rekonwalescencji, jaki wyznaczyli mu lekarze. I udało mu się. Zagrał. To bardzo typowe dla osób, które przeżyły takie sytuacje. Inny na jego miejscu po wiedziałby: »Nie, nie zrobię tego«, ale on nie jest taki. Przyzwyczaił się do tego, że zawsze robi to, co trzeba zrobić, a nie to, co mu pasuje. Pod tym względem należy do typu osób, które czasami trzeba chronić przed nimi samymi. Dlaczego? Ponieważ tak bardzo są przywiązane do tego, by zawsze wiosłować w kierunku obranego celu, wierzą, że tego potrzebują. Mają to przyswojone od małego. A później, jako dorośli, dalej robią to samo, nawet gdy jest to dla nich niekorzystne. I na takie sytuacje trzeba uważać. Jako psycholożka wiele razy spotkałam się z tym, że praca, jaką musiałam wykonać z wyjątkowymi w swojej dziedzinie postaciami, polegała na chronieniu ich przed nimi samymi. Tacy ludzie myślą, że poradzą sobie ze wszystkim, zresztą dowiedli, że są do tego zdolni. Tak się do tego przyzwyczaili, że bez względu na okoliczności na pierwszym miejscu zawsze stawiają swój cel. Najpierw jest cel i dopiero później oni. Aż nadchodzi moment, w którym trzeba za to zapłacić”.

Trafienie przeciwko The Blues z 6 maja 2009 roku było jednym z najważniejszych w karierze wychowanka La Masii.

Geniusz Iniesty polegał na tym, że w każdym momencie meczu był gotowy, by pomóc Barcelonie, a poza boiskiem także i sobie, dzięki czemu przezwyciężył depresję.

Książka „Andres Iniesta. Głowa też gra” jest dostępna na www.labotiga.pl

Foto: Dusza Iniesty przemieniona w szalony krzyk po golu, który zdemolował Stanford Bridge w drodze do Rzymu; Fot. FC Barcelona/Miguel Ruiz; zdjęcie zostało wykorzystane w celu promocji książki „Andres Iniesta. Głowa też gra”; wszelkie prawa zastrzeżone