24 kwietnia 2011 roku, Sergio Ramos i Alvaro Arbeloa podnoszą z murawy Davida Villę podczas pełnego emocji meczu finałowego Copa del Rey.

24 kwietnia 2011 roku, Sergio Ramos i Alvaro Arbeloa podnoszą z murawy Davida Villę podczas pełnego emocji meczu finałowego Copa del Rey.

To było jedno z najbardziej intensywnych El Clasico w historii. Naprzeciwko siebie stanęły znakomite drużyny pełne gwiazd, prowadzone przez Pepa Guardiolę i Jose Mourinho. Mecz był pełen napięć i negatywnych emocji i ostatecznie zakończył się wynikiem 1:0 dla Realu Madryt. W dogrywce jedyną bramkę na wagę trofeum zdobył głową Cristiano Ronaldo.

Tak tamto spotkanie w książce „Kiedy staliśmy się legendą” wspominają Guardiola oraz piłkarze FC Barcelony:

Guardiola ze swej strony szczerze podsumowuje okoliczności, w jakich toczył się tamten mecz w Walencji: „Przede wszystkim Real miał wspaniałą ekipę z bardzo dobrymi piłkarzami. Ale jeśli mecz był rozgrywany tak, jak był rozgrywany, jeśli działo się to, co się działo, to dlatego, że sędzia pozwolił, by to wszystko się wydarzyło. To on musi stosować regulamin, to do niego należy podejmowanie decyzji. A tamten sędzia robił z regulaminem, co mu się żywnie podobało”.

Marta Carreras, dziennikarka Catalunya Ràdio (najchętniej słuchanej stacji radiowej w Katalonii), pamięta wiele szczegółów z tego meczu, który oglądała z poziomu murawy. Odświeżywszy sobie pamięć, zapewnia, że jedna połowa dogrywki trwała dłużej, niż powinna. Milito, Valdés i Puyol podnieśli się z ławki, żeby rozdać kolegom butelki z wodą, dodając im otuchy okrzykami: „Musicie wierzyć w to, co robicie!”.

Tymczasem Pepe zajmował się pokazywaniem wała kibicom Barcelony. Arbeloa poprosił go, żeby przestał to robić, żeby przestał prowokować. Spryciarz: pod koniec dogrywki podszedł do Ramosa i poprosił, by jeszcze się nie podnosił. Po drugiej stronie Piqué i Alonso zaczęli rozmowę, która skończyła się kłótnią i uderzeniami klatką piersiową.

Po porażce Puyol stwierdził, że Barcelonie zostaje Liga Mistrzów, że dzięki zdobyciu tego pucharu Real sięgnął chwały, ale w Lidze Mistrzów będzie mu bardzo trudno. Po końcowym gwizdku pierwsze, co zrobił Guardiola, to pogratulował sędziemu, a następnie ruszył do Messiego, który stał ze spuszczoną głową, przybity. Iker Casillas był jedynym zawodnikiem rywali, który podszedł, by pocieszyć piłkarzy Barçy, podczas gdy jego koledzy (na czele z Pepe i Xabim Alonso) celebrowali zwycięstwo, śpiewając „Niech żyje Hiszpania!”.

Puyol pogodził się ze świętowaniem Realu, a jednocześnie cieszył się, że drużyna culé przyjęła porażkę z taką klasą, zwłaszcza że Barça Guardioli nie była przyzwyczajona do przegrywania: „Zrobiliśmy to z godnością. Przed nami rewanż w Lidze Mistrzów”.

Jeśli zaś chodzi o to, co zdarzyło się na boisku, to Xavi Hernández wciąż ani nie zapomina, ani – w niektórych przypadkach – nie wybacza. „To był wielki wstyd i źle się z tym czułem, ale tamtego dnia zdarzyły się rzeczy, które wyrządziły nam krzywdę, i nie chodzi mi o kopniaki – wspomina. – Było nieprzyjemnie, ponieważ to przyjaciele, koledzy z reprezentacji, z którymi wypruwaliśmy sobie żyły, żeby wygrać mistrzostwa Europy i mundial. Już nieważne, kto to był, ale nie zapomnę tego, że zranili nasze uczucia. A przynajmniej moje. Zabolało nas, że doszło do takich rzeczy”.

Mecz w każdym razie był pełen sytuacji bramkowych, bardzo emocjonujący i wystawił na próbę zarówno Casillasa, jak i Pinto, który grał w meczach pucharowych i który tego dnia stanął na wysokości zadania.

W dogrywce gola strzelił Pedro, ale trafienie zostało anulowane z powodu spalonego. Guardiolę (oraz miliony widzów) zdziwiło, że mężczyzna z chorągiewką zdołał dostrzec wysuniętą pozycję Kanaryjczyka, mimo że sędzia nie zauważył przewinień w wielu innych sytuacjach. Wreszcie w pierwszej połowie dogrywki Cristiano Ronaldo pokonał Pinto strzałem głową.

Real Madryt wygrał 1:0. Był to jedyny finał przegrany przez Pepa Guardiolę w ciągu czterech lat, które spędził na czele Barcelony.

„Nigdy nie widziałem bardziej napiętej atmosfery podczas El Clásico… Rozgrywali coś więcej niż finał – stwierdza dziennikarz Santiago Segurola, ówczesny zastępca redaktora naczelnego dziennika »Marca«. – Piłkarskie okoliczności wyglądały tak, że Real był zmuszony wygrać ten mecz. Świat futbolu był zafascynowany Barçą, a Florentino Pérez, który wrócił na fotel prezydenta w 2009 roku, nie akceptował tej dominacji. Uważał, że należy się ona Realowi Madryt. Był w tym typowy dla niego przedsiębiorczy sposób zarządzania klubem, który musiał być najlepszy. Ten mecz powinien należeć do niego i kropka. Barça wyrosła na bardzo ważny symbol geopolityczny i tożsamościowy, z katalońskim trenerem stojącym na czele niesamowicie szanowanej i cenionej drużyny. I miała Messiego, którego Pérez chciałby mieć w Realu, a nie mógł”.

***

O godzinie 21.00 (10 maja 2026 roku) piłkarze FC Barcelony i Realu Madryt rozegrają kolejne El Clasico. Jednym z głównych bohaterów wydarzeń ponownie będzie Alvaro Arbeloa – tym razem jednak zasiądzie na trenerskiej ławce Królewskich. Dzisiejszemu spotkaniu z pewnością nie towarzyszy tyle emocji, co 15 lat temu, bo sprawa mistrzostwa Hiszpanii jest praktycznie rozstrzygnięta, ale piłkarze obu klubów mają świadomość, że obok trofeów, dla kibiców liczy się przede wszystkim pokazanie wyższości nad największym rywalem w bezpośrednim starciu.

Jaki rezultat padnie tym razem, przekonamy się za kilkanaście godzin.

Książkę „Kiedy staliśmy się legendą. FC Barcelona Pepa Guardioli” z serii SQN Originals znajdziesz na www.labotiga.pl

Fot. Miguel Ruiz/FC Barcalona